Cały świat schodzi pod wodę. Polska Orka na tle globalnego wyścigu zbrojeń podwodnych
W poniedziałek w Gdyni Polska ma podpisać kontrakt na trzy okręty podwodne typu A26 w programie Orka. Łatwo odczytać to jako sprawę wyłącznie polską, finał trzydziestu lat zaniechań i obietnic. Ale polski podpis będzie tylko jednym z wielu, jakie w ostatnich miesiącach złożono na całym świecie. Od Bałtyku po Indo-Pacyfik trwa największe od dekad odrodzenie broni podwodnej. Okręty, które po zimnej wojnie wielu uznawało za relikt, znów stały się towarem deficytowym, a kraje, które jeszcze niedawno nie miały żadnych planów, ustawiają się w kolejce po nowe jednostki.
marynarka wojenna na świecie nato przemysł stoczniowy przemysł zbrojeniowy wiadomości wojsko28 czerwca 2026 | 09:52 | Źródło: Gazeta Morska | Opracował: Kamil Kusier | Drukuj

fot. U.S. Navy
Dlaczego znów okręty podwodne?
Powodów jest kilka i wszystkie zbiegły się w czasie. Pierwszy to seria incydentów z uszkodzeniami podmorskiej infrastruktury krytycznej, kabli energetycznych, telekomunikacyjnych i gazociągów, które uświadomiły rządom, jak wrażliwe jest dno morskie i jak trudno je kontrolować bez własnych sił podwodnych. Drugi to gwałtowny wzrost potęgi morskiej Chin oraz nieprzewidywalność Rosji na akwenach od Bałtyku po Arktykę. Trzeci to prosta logika odstraszania: okręt podwodny pozostaje najtrudniejszą do wykrycia i zneutralizowania platformą uderzeniową, a jego sama obecność, choćby tylko domniemana, komplikuje przeciwnikowi każdą kalkulację.
Efekt jest taki, że okręt podwodny przestał być bronią wyłącznie wielkich flot. Stał się elementem polityki bezpieczeństwa średnich państw, w tym Polski.
USA kontra Chiny: wyścig atomowych gigantów
Na szczycie tej hierarchii toczy się rywalizacja, której skala przyćmiewa wszystkie programy konwencjonalne. Stany Zjednoczone wciąż mają największą flotę okrętów o napędzie atomowym, około siedemdziesięciu jednostek. Budują kolejne: wielozadaniowe Virginia oraz strategiczne Columbia. Problem w tym, że Chiny nadrabiają dystans szybciej, niż zakładano. W latach 2021–2025 chińska marynarka po raz pierwszy wyprzedziła amerykańską zarówno pod względem liczby zwodowanych okrętów atomowych, jak i dodanego tonażu.
Co gorsza dla Waszyngtonu, amerykańskie stocznie nie nadążają z produkcją. Wypuszczają obecnie nieco ponad jeden okręt Virginia rocznie, podczas gdy do zaspokojenia potrzeb własnej floty i sojuszniczych zobowiązań potrzeba ponad dwóch. To wąskie gardło stało się czynnikiem geopolitycznym i, jak się okaże, bezpośrednio wpłynęło na losy największego programu sojuszniczego świata. Wielka Brytania i Francja prowadzą tymczasem własne, równoległe programy strategiczne, wymieniając okręty przenoszące broń jądrową i atomowe jednostki uderzeniowe nowej generacji.
AUKUS: najdroższy i najbardziej burzliwy zakład w historii
Trójstronne partnerstwo Australii, USA i Wielkiej Brytanii, zawiązane w 2021 roku, to dziś najbardziej sztandarowy i zarazem najbardziej kontrowersyjny program podwodny globu. Jego sercem jest wprowadzenie Australii do ekskluzywnego klubu państw operujących okrętami o napędzie atomowym (choć uzbrojonymi konwencjonalnie).
Plan przechodzi właśnie korektę. Pod koniec maja 2026 roku w Singapurze ogłoszono, że wszystkie trzy okręty typu Virginia, jakie ma otrzymać Australia, będą teraz pochodzić z czynnej floty amerykańskiej. Wcześniej jeden miał być fabrycznie nowy. Decyzja odciąża przeciążone stocznie USA, ale skraca resztkowy okres służby przekazywanych jednostek, przerzucając część ryzyka na przyszłość. Równolegle Australia inwestuje na poważnie we własny przemysł: w lutym 2026 roku ogłosiła 3,9 mld dolarów na start budowy stoczni okrętów atomowych w Osborne, która ma się stać jedyną tego typu na półkuli południowej. Docelowo Wielka Brytania planuje zbudować do dwunastu okrętów nowej klasy SSN-AUKUS, a Australia pięć, oprócz trzech pozyskanych Virginii. Rotacyjna obecność amerykańskich i brytyjskich okrętów w zachodnioaustralijskiej bazie ma ruszyć w 2027 roku.
Skala wydatków i napięć jest ogromna. Sam Londyn przeznaczył już na AUKUS kwoty liczone w miliardach funtów, a brytyjska komisja obronna ostrzegała w 2026 roku, że wizyty okrętów Royal Navy w Australii nadwerężają i tak przeciążoną flotę. To program, który ma zdefiniować równowagę sił pod wodą w Indo-Pacyfiku na pół wieku, a zarazem już teraz pokazuje, jak trudno przełożyć polityczne deklaracje na stal i reaktory.
Niemiecko-norweski tandem i wojna o eksport
W świecie okrętów konwencjonalnych europejskim czempionem jest niemiecki TKMS i jego program Type 212CD. To owoc partnerstwa Niemiec i Norwegii, które postanowiły budować i eksploatować identyczne okręty, co daje oszczędności na szkoleniu, logistyce i serwisie. Pod koniec stycznia 2026 roku Norwegia podpisała kontrakt na dwie kolejne jednostki, zwiększając swoją flotę z czterech do sześciu; razem z zamówieniem niemieckim program osiągnął docelowe dwanaście okrętów. Pierwotny kontrakt na sześć jednostek wart był około 5,5 mld euro, a pierwszy okręt ma wejść do służby w 2029 roku.
Type 212CD to konstrukcja niemal dwukrotnie większa od poprzedniej generacji, z kadłubem o „diamentowym", obniżającym wykrywalność kształcie, napędem niezależnym od powietrza opartym na ogniwach wodorowych i nowymi bateriami. To właśnie ten okręt był jednym z konkurentów w polskim przetargu na Orkę – i jednym z tych, których Polska ostatecznie nie wybrała.
Druga Orka, tym razem holenderska
Tu ciekawostka, która rzadko przebija się do polskich mediów: nazwę „Orka" nosi również holenderski program okrętów podwodnych. W marcu 2024 roku wygrała go francuska Naval Group z konstrukcją wywodzącą się z atomowej Barracudy. Cztery holenderskie okręty klasy Orka mają zastąpić wysłużoną klasę Walrus i wejść do służby około 2035 roku, a uzbrojone zostaną m.in. w odpalany spod wody pocisk JSM-SL oraz nowoczesne torpedy. Dwa programy o tej samej nazwie, realizowane jednocześnie przez dwa europejskie państwa i dwóch różnych producentów, to symboliczny obraz tego, jak gęsto zrobiło się dziś na rynku.
Do tego dochodzą inne europejskie konstrukcje: włoskie okręty programu U212 NFS oraz hiszpańska klasa S-80 koncernu Navantia. Stary Kontynent buduje pod wodą na skalę nienotowaną od dekad.
Pojedynek, którego Polska nie stoczyła: TKMS kontra Hanwha
Najbardziej pouczająca z polskiej perspektywy jest rywalizacja, która rozgrywa się obecnie w Kanadzie. Ottawa planuje pozyskać nawet dwanaście okrętów konwencjonalnych w miejsce wysłużonej klasy Victoria, a w finale zmierzyły się dwie oferty: niemiecko-norweski Type 212CD oraz południowokoreański KSS-III Batch-II koncernu Hanwha. Latem 2025 roku były to jedyne dwie zakwalifikowane propozycje. Ostateczna decyzja ma zapaść około 2028 roku, a pierwszy okręt musi trafić do Kanady najpóźniej w 2035.
To ten sam układ sił, z którym mierzyła się Polska, tyle że Warszawa rozstrzygnęła swój wyścig inaczej, wybierając szwedzkiego Saaba i okręty A26. Koreańczycy i Niemcy biją się dziś o każdy kontrakt na świecie, oferując nie tylko okręty, lecz całe pakiety transferu technologii, lokalnej produkcji i współpracy przemysłowej, dokładnie tak jak w polskim porozumieniu ze Szwecją. Eksportowa wojna TKMS z Hanwhą to jeden z najważniejszych wątków współczesnego rynku zbrojeniowego, a polska Orka jest jego częścią.
Azja zbroi się pod wodą
Najszybszy przyrost zdolności podwodnych dokonuje się jednak w Azji. Korea Południowa jest tu liderem konwencjonalnym, a zarazem przykładem, jak daleko można pójść bez napędu atomowego. Jej program KSS-III obejmuje dziewięć okrętów budowanych w trzech partiach przez koncerny Hanwha Ocean i HD Hyundai. Pierwszy okręt drugiej partii, zwodowany w październiku 2025 roku, ma wyporność 3600 ton i, co kluczowe, dziesięć wyrzutni pionowych zdolnych do odpalania pocisków balistycznych. Korea uczyniła więc z okrętu konwencjonalnego narzędzie odstraszania strategicznego. A na tym nie poprzestaje: Seul zapowiedział, że do połowy lat trzydziestych zwoduje swój pierwszy okręt o napędzie atomowym, w odpowiedzi na północnokoreańskie zagrożenie.
Japonia obrała inną drogę – ciszy i wytrwałości. Jej klasa Taigei wykorzystuje baterie litowo-jonowe, które wydłużają czas przebywania pod wodą bez konieczności wynurzania; szósty okręt tej klasy zwodowano jesienią 2025 roku. Indie prowadzą dwa równoległe tory: program konwencjonalny Project 75I (wspólne przedsięwzięcie TKMS i stoczni Mazagon Dock, hybrydowa konstrukcja za około 8 mld dolarów, z pierwszą dostawą planowaną na początek lat trzydziestych) oraz własne okręty strategiczne klasy Arihant, stanowiące morski filar indyjskiej triady jądrowej. Nawet Tajwan dołączył do tego grona, wodując we wrześniu 2023 roku swój pierwszy rodzimy okręt Hai Kun, a Korea Północna eksperymentuje z jednostkami przenoszącymi pociski, wprowadzając do regionalnych kalkulacji element groźnej nieprzewidywalności.
Co łączy te programy
Mimo różnic widać kilka wspólnych kierunków. Baterie litowo-jonowe i napęd niezależny od powietrza stają się standardem, radykalnie wydłużając czas pracy w zanurzeniu. Coraz więcej okrętów konwencjonalnych otrzymuje wyrzutnie pionowe i pociski manewrujące lub balistyczne, przez co granica między „małym" okrętem przybrzeżnym a platformą uderzeniową się zaciera. Kadłuby projektuje się tak, by odbijały jak najmniej sygnału aktywnych sonarów. Najbardziej przyszłościowy jest jednak inny kierunek. Okręty coraz częściej mają współpracować z bezzałogowymi pojazdami podwodnymi, wypuszczanymi i odzyskiwanymi nawet przez wyrzutnie torpedowe. To właśnie rozwój autonomicznych systemów podwodnych jest sztandarowym elementem drugiego filaru AUKUS i prawdopodobnie zdefiniuje następną dekadę.
Gdzie w tym wszystkim jest Polska
Na tym tle polska Orka wygląda na decyzję spóźnioną, ale wpisaną w szerszy, globalny rytm. Polska nie buduje okrętów atomowych ani platform przenoszących broń jądrową. Wybrała trzy nowoczesne jednostki konwencjonalne typu A26, z używanym okrętem typu A17 jako rozwiązaniem pomostowym do czasu dostarczenia pierwszego nowego okrętu około 2030 roku. To skala adekwatna do bałtyckich realiów i do możliwości budżetu.
Ważniejsze jest jednak to, że Polska weszła do gry w momencie, gdy reguły rynku zmieniły się na korzyść kupujących o ambicjach przemysłowych. Dziś nikt nie sprzedaje już samych okrętów. Sprzedaje się transfer technologii, lokalną produkcję, serwis i miejsca pracy w krajowych stoczniach. Polski kontrakt ze Szwecją, z planowanym udziałem rodzimego przemysłu i szwedzkimi zakupami w Gdyni, jest dokładnie takim pakietem. To ta sama logika, która napędza pojedynek TKMS z Hanwhą o Kanadę i która zadecydowała o holenderskiej i norweskiej decyzji.
Ryzyka pozostają realne, od opóźnień produkcyjnych, przez kwestię uzbrojenia, po pytanie o utrzymanie kadr w stoczniach po trzydziestu latach posuchy. Ale jedno jest pewne: świat właśnie schodzi pod wodę, a Polska, po długiej nieobecności, znów jest częścią tego ruchu.
Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!
Kamil Kusier
redaktor naczelny
komentarze
Dodaj pierwszy komentarz
zobacz też
Grupa WB przenosi łączność wojskową z lądu na morze. System FONET-NAVY trafia na kolejne okręty
Bałtyk pod stałą presją. Zakłócenia nawigacji, przechwycenia i flota cieni. Sygnał ostrzegawczy ze Szwecji
Nocna akcja śmigłowca Marynarki Wojennej przy promie Ambition
Polska Bryza przy abordażu na Morzu Śródziemnym. Kontrola tankowca rosyjskiej floty cieni
Lądowanie na pokładzie promu. Śmigłowiec BLMW ewakuował 19-miesięczne dziecko ze Steny Estelle
Armata wróciła na ORP Albatros. Niszczyciel min otrzymał docelowy system OSU-35K
Morski sierpień Marynarki Wojennej. Parada w Gdyni i wodowanie pierwszego Miecznika
TROJAN. Bezzałogowy nosiciel dronów dla ochrony infrastruktury na Bałtyku z dofinansowaniem 37,9 mln zł
Czarnomorskie ćwiczenie w kanale La Manche. Polski wkład w Sea Breeze 26-2
Cicha rewolucja pod powierzchnią. Kto rządzi w świecie dronów podwodnych i gdzie jest Polska
REKLAMA
REKLAMA