Najważniejszy kawałek lodu na świecie. Kryzys polityczny wokół Grenlandii i jego konsekwencje

Pomysły przejęcia przez USA kontroli nad Grenlandią pojawiły się na długo przed objęciem po raz pierwszy urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa w 2017 roku. Koncepcje te były obecne w amerykańskiej polityce zagranicznej już w XIX oraz w połowie XX w. W tym kontekście przywołać można założenia doktryny Monroe’a. Zakładała ona, że kontynent amerykański nie może być przedmiotem kolonizacji lub ekspansji ze strony państw europejskich. W szerszym ujęciu wskazywała, że amerykańska wyłączna obecności na zachodniej hemisferze jest kluczowa dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Na tej podstawie wskazywano również na „prawo” USA do interwencji lub zajęcia terytorium, nad którym inny podmiot nie jest w stanie sprawować pełnej kontroli, co mogłoby zagrozić interesom Stanów Zjednoczonych.

biznes na świecie polityka wiadomości

06 kwietnia 2026   |   19:50   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: dr Łukasz Wyszyński, dr Paweł Kusiak   |   Drukuj

fot. White House / Czy parasol USA nad Europą jest gwarancją  czy narzędziem nacisku

fot. White House / Czy parasol USA nad Europą jest gwarancją czy narzędziem nacisku

Powyższe założenia były widoczne w polityce amerykańskiej wobec Florydy, a dalej również wobec Grenlandii, co do której obawiano się np. opanowania jej przez Niemcy w trakcie drugiej wojny światowej i wykorzystania do ataków na terytorium USA. Po zakończeniu wojny roszczenia wobec Grenlandii wysunął gabinet prezydenta Trumana. W 1946 roku przedstawiono wizję przejęcia wyspy w formie zakupu jej od Danii lub zawarcia specjalnego porozumienia z rządami w Nuuk i Kopenhadze. Ostatecznie opisane działania pośrednio doprowadziły do zawarcia umowy pomiędzy Kopenhagą i Waszyngtonem w 1951 roku. Na jej podstawie USA miało prawo do zakładania na Grenlandii, na określonych warunkach, baz wojskowych. 

Temat przejęcia przez USA Grenlandii nową dynamikę zyskał w trakcie przywołanej już prezydentury Donalda Trumpa. W sierpniu 2019 roku media ujawniły, że amerykański prezydent rozważa zakup wyspy, co wywołało stanowczą odmowę Danii oraz władz samej Grenlandii. Trump zareagował wtedy odwołaniem wizyty w Kopenhadze i eskalacją na poziomie retorycznym. Prezydent USA zasugerował, że Stany i tak „wezmą Grenlandię prędzej czy później”. 

Po przegranych wyborach w 2020 roku temat ponownie przycichł, lecz powrócił ze zdwojoną siłą wraz z zaprzysiężeniem Trumpa na drugą kadencję w 2025 roku. Prezydent ponownie rozpoczął naciski na sojuszników, grożąc Danii sankcjami handlowymi (m.in. cłami na towary z UE) i podważając sens dalszego wspólnego działania w ramach NATO. Trump otwarcie zakwestionował też dotychczasowe obowiązujące zasady w ramach Sojuszu, argumentując, że Grenlandia powinna stać się częścią USA ze względów bezpieczeństwa i tylko Amerykanie są w stanie właściwie zarządzać wyspą. 

„Uważam, że jesteśmy jedynym krajem mającym dość siły, by bronić i rozwijać Grenlandię” – przekonywał, domagając się rozpoczęcia negocjacji z Danią na temat przejęcia wyspy. 

Kampania na rzecz aneksji Grenlandii przez USA stała się elementem polityki Trumpa wobec Dani oraz europejskich sojuszników, alarmując zarówno samych Grenlandczyków jak i stolice europejskich państw. Napięcie sięgnęło zenitu na początku 2026 r., gdy w mediach spekulowano o możliwości siłowego zajęcia wyspy, jeśli negocjacje nie przyniosą rezultatu oczekiwanego przez Waszyngton. 

Niespodziewanie jednak podczas wystąpienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w styczniu 2026 r. Trump wycofał się z gróźb użycia wojska. Zapewnił publicznie: „Nie muszę używać siły. Nie chcę używać siły. Nie użyję siły”, co rozładowało kryzys. W Davos ogłoszono też wstępny zarys przyszłego porozumienia w sprawie bezpieczeństwa Arktyki, które ma pozwolić uniknąć konieczności aneksji Grenlandii przez USA. Choć tym samym zażegnano groźbę natychmiastowej konfrontacji z Danią, wielu obserwatorów podkreśla, że był to jedynie taktyczny oddech w sporze. Trump nie zrezygnował z zainteresowania wyspą, zapowiedział kontynuację rozmów i nie wykluczył powrotu do tematu w przyszłości.

Dlaczego Grenlandia jest ważna? 

Grenlandia ma dla Stanów Zjednoczonych znaczenie strategiczne, w opinii niektórych wręcz egzystencjalne, na co składa się kilka czynników. Pierwszy i najczęściej opisywany dotyczy bezpieczeństwa w wymiarze militarnym. W kontekście dyskusji na temat potencjalnego przejęcia przez USA kontroli nad Grenlandią warto pamiętać, że Stany Zjednoczone są obecne wojskowo na Grenlandii już od czasów II wojny światowej i wypracowały z Danią szczególne porozumienia w tej sprawie. Gdy w 1940 r. Dania została zaatakowana przez Niemcy, jej posiadłości (w tym Grenlandia) stanęły przed ryzykiem wrogiej ekspansji. W 1941 r., w duchu przywołanej już doktryny Monroe’a, USA wzięły Grenlandię pod swoją opiekę obronną za zgodą duńskiego ambasadora w Waszyngtonie. Amerykanie szybko założyli na wyspie bazy lotnicze, które służyły jako międzylądowiska dla samolotów w drodze z USA do Europy. 

Po wojnie USA chciały nawet wykupić Grenlandię, lecz Dania odmówiła, co przez pewien czas trzymano w tajemnicy, oficjalnie zaprzeczając takim negocjacjom. Zamiast sprzedaży, wypracowano układ obronny. W 1951 r. Kopenhaga i Waszyngton podpisały porozumienie o wspólnej obronie Grenlandii w ramach NATO. Na jego mocy USA otrzymały prawo do zakładania baz wojskowych na wyspie, a Grenlandia została podzielona na strefy obronne dowodzone przez Amerykanów (przy zachowaniu duńskiej suwerenności). Układ ten obowiązuje do dziś (jest powiązany z Traktatem Północnoatlantyckim) i stanowi podstawę prawną amerykańskiej obecności militarnej.

Geograficzne położenie wyspy sprawia, że znajduje się ona na trasie trajektorii międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) potencjalnie wystrzeliwanych z Rosji w kierunku USA. W razie globalnego konfliktu nuklearnego Grenlandia leży więc „w samym środku Armagedonu” – jak obrazowo ujęła to Associated Press. Już teraz na Grenlandii działa amerykańska baza wczesnego ostrzegania Pituffik Space Base (dawna Thule), wyposażona w radar wykrywający pociski balistyczne lecące nad Arktyką. Lokalizacja Grenlandii, mniej więcej w połowie drogi między Waszyngtonem a Moskwą, pozwala Stanom Zjednoczonym zyskać dodatkowe minuty na reakcję w razie ataku rakietowego. Nic dziwnego, że planowana przez Trumpa amerykańska tarcza antyrakietowa „Golden Dome” miałaby objąć także Grenlandię. Prezydent argumentował, że USA muszą posiadać wyspę, aby móc ją efektywnie bronić. Choć eksperci wskazują, że logika ta jest wadliwa, gdyż skutecznie korzystano z bazy na Grenlandii przez dekady bez przejmowania nad wyspą suwerennej kontroli. Co więcej coraz szersze zastosowanie satelitów przesuwa środek ciężkości w systemach rozpoznawczych w przestrzeń kosmiczną względem naziemnych stacji radarowych. Przeciwnicy zadowolenia się obecnymi regulacjami dotyczącymi wykorzystania baz wojskowych podkreślają z kolei, że wspomniana umowa z roku 1951 zakłada, że działania USA na wyspie muszą być uzgadniane z Danią. 

Jednak nie zawsze oba państwa w sprawach bezpieczeństwa miały identyczne stanowisko. Przykładem może być sytuacja z lat sześćdziesiątych XX wieku, kiedy to Waszyngton planował umieścić na Grenlandii broń atomową, na co nie zgodziła się Kopenhaga. Na tej podstawie prezydent Trump może zakładać, że autonomia USA jest w tym zakresie mocno ograniczona. Choć trzeba zauważyć, że nawet przy obecnej dynamice zmian systemu międzynarodowego, trudno sobie wyobrazić powrót do koncepcji rozmieszczenia broni atomowej na autonomicznym terytorium zależnym Danii. Musiałoby to być skorelowane z wyraźnym zaostrzeniem relacji lub konfliktu pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą lub Pekinem. 

Kolejnym aspektem znaczenia militarnego jest położenie Grenlandii w obszarze, który umożliwia kontrolowanie lub wpływanie na wykorzystania regionu Arktyki. Obok znaczenia logistycznego (handel morski) oraz gospodarczego (złoża naturalne), są to także kwestie rejonów operowania okrętów podwodnych przenoszących pociski balistyczne lub w szerszym ujęciu operowanie sił morskich w rejonie Bieguna Północnego. Jest to szczególnie istotne dla Floty Północnej Federacji Rosyjskiej i tzw. przesmyku GIUK (Grenland–Iceland–UK gap), pomiędzy Wielką Brytanią, Islandią i Grenlandią, który jest swoistą bramą do wyjścia na Ocean Atlantycki.  Niezależnie od przesłanek militarnych oraz oceny na ile można realizować je w układzie sojuszniczym w ramach obecnej umowy, administracja Trumpa zdaje się kierować założeniem w ślad za doktryną Monroe’a, że to, co ważne strategicznie na półkuli zachodniej, powinno być pod kontrolą USA, obejmuje to zarówno terytorium (Grenlandię), jak i zasoby (arktyczną ropę, gaz, minerały).

Kwestią strategicznego znaczenia Grenlandii jest właśnie sprawa surowców naturalnych tej wyspy, zwłaszcza tzw. metali ziem rzadkich oraz surowców energetycznych. Pod wieczną zmarzliną i lodowcami Grenlandii kryją się ogromne złoża rud uranu, metali kolorowych i szlachetnych. Według szacunków wyspa może posiadać drugie co do wielkości na świecie rezerwy właśnie metali ziem rzadkich, rzędu 38,5 mln ton (czyli ok. 25-30% globalnych zasobów). Pierwiastki te są dziś kluczowe dla produkcji zaawansowanych technologicznie komponentów wykorzystywanych m.in. w smartfonach, turbinach wiatrowych i rakietach, a ich głównym dostawcą światowym pozostają Chiny. Państwa poszukują alternatywnych źródeł tych krytycznych surowców, by uniezależnić się od Pekinu. Grenlandia jawi się jako potencjalna skarbnica surowcowa dla przemysłu high-tech i zbrojeniowego. 

W 2023 r. Unia Europejska podpisała strategiczne porozumienie surowcowe z Grenlandią, zakładając inwestycje w wydobycie metali ziem rzadkich. Znaczenie tych zasobów w kontekście globalnej rywalizacji będzie zapewne rosło, co dodatkowo podsyca zainteresowanie wielkich mocarstw Grenlandią. Warto jednak zauważyć, że optymistyczne wizje surowcowego El Dorado Grenlandii spotykają się z głosami sceptycznymi. Eksperci podkreślają, że o ile teoretyczna wartość zasobów wyspy jest imponująca (niektóre szacunki mówiły nawet o 4,4 bln USD surowców), to realnie wydobywalna część jest wielokrotnie mniejsza, rzędu 200 mld USD. Przyczyną są ekstremalne warunki geograficzne i logistyczne: około 80% powierzchni Grenlandii pokrywa lód, zimą temperatury spadają do -60°C, a infrastruktura jest szczątkowa (mniej niż 160 km dróg na całej wyspie). To wszystko sprawia, że eksploatacja złóż Grenlandii jest kosztowna i trudna technicznie, co dotąd powstrzymywało rozwój górnictwa. 

Mimo wydanych ok. 150 licencji eksploracyjnych, od II wojny światowej uruchomiono tam tylko dziewięć kopalń, z czego obecnie czynne są zaledwie dwie. W planach są co prawda nowe projekty m.in. Tanbreez (metale ziem rzadkich, od 2027 r.), Amitsoq (grafit, od 2028 r.), ale zdaniem analityków Grenlandia nie stanie się szybko surowcowym „game changerem”. Pomimo tego trzeba zauważyć, że Grenlandia stała się w ostatnich latach obszarem rywalizacji mocarstw o dostęp do ww. złóż, głównie metali ziem rzadkich oraz surowców energetycznych. Na tym polu Chiny po 2010 roku zwiększyły swoja obecność w regionie w ramach koncepcji Pasa i Szlaku, próbując rozwijać kontakty gospodarcze. 

Z kolei Unia Europejska buduje od 2023 roku partnerstwo z Grenlandią w ramach tzw. umowy surowcowej. Jest to niewątpliwie czynnik, który sprzyja ożywieniu dyskusji w USA o przejęciu większej kontroli nad wyspą. Łączy się to także, ze wsparciem administracji Donalda Trumpa dla branży wydobywczej w USA, głównie w zakresie metali ziem rzadkich, jako zasobów strategicznych dla bezpieczeństwa państwa. 

Trzecim istotnym strategicznie aspektem jest znaczenie Grenlandii w kontekście nowych arktycznych szlaków żeglugowych. Topnienie pokrywy lodowej postępuje w Arktyce w szybkim tempie, co roku ubywa takiej ilości lodu, która pokryłaby powierzchnię całej Austrii. Otwiera to coraz dłuższe okresy żeglugowe na tzw. Północnej Drodze Morskiej i innych trasach arktycznych, potencjalnie skracających drogę między Azją, Europą a Ameryką. Już dziś przez Cieśninę Beringa przepływa trzykrotnie więcej statków niż w 2008 r., a prognozy mówią, że do końca XXI wieku latem może nie być w Arktyce lodu wcale, co uczyni z północnych szlaków prawdziwy „nowy Kanał Sueski”. 

Grenlandia, leżąca u wejścia z Oceanu Arktycznego na Atlantyk, daje Amerykanom i NATO punkt oparcia w kontroli tych przyszłych arterii handlowych. Szczególnie, że z geopolitycznego punktu widzenia Pekinu, północna droga morska miała być przestrzenią, która umożliwi zbudowanie alternatywnych połączeń logistycznych, od tras południowych, gdzie silnie wojskowo obecne są Stany Zjednoczone. Pomimo budowania w tym aspekcie współpracy z Rosją, brak kontroli lub brak zdolności do tego, żeby odmówić tej kontroli w ramach GIUK lub przejścia Zachodniego pomiędzy Kanadą i Grenlandią, nie pozwala na pełną kontrolę tej trasy transportu pomiędzy Azją i Europą. 

Wielka gra o Arktykę 

Analizując strategiczne znaczenie Grenlandii nie można pomijać także szerszego kontekstu rywalizacji mocarstw o Arktykę. Region polarny, przez dekady uznawany był za peryferyjny, dziś staje się nową linią frontu geopolitycznego. Zmiany klimatyczne, wspominane już topnienie lodu morskiego i lądolodu, odsłaniają zarówno nowe bogactwa naturalne, jak i szlaki żeglugowe. Skusiło to wielkie mocarstwa do zwiększonej aktywności w tym rejonie globu. 

„Arktyka szybko staje się strategicznym teatrem rywalizacji geopolitycznej, zbrojeń, transformacji energetycznej i globalnych zmian środowiskowych” – ostrzegają posłowie Parlamentu Europejskiego w przyjętej pod koniec 2025 r. rezolucji. 

Rosja od ponad dekady intensywnie militaryzuje daleką Północ, rozbudowała bazy wojskowe na arktycznym wybrzeżu, utworzyła nowe dowództwo i wprowadziła do służby liczne lodołamacze o napędzie atomowym. Moskwa rości sobie także prawa do rozszerzenia swojej wyłącznej strefy ekonomicznej aż po biegun północny, czego wyrazem są wnioski do ONZ o uznanie rosyjskiego prawa do ogromnych połaci arktycznego szelfu kontynentalnego. 

Chiny, choć geograficznie niearktyczne, ogłosiły się „państwem bliskim Arktyce” i również starają się zaznaczyć swoją obecność: inwestują w projekty wydobywcze (np. na rosyjskim Jamale) i infrastrukturalne (plany tzw. Polarnego Jedwabnego Szlaku), a także wysyłają lodołamacze i statki badawcze na wody polarne. Współpracę Pekinu z Moskwą w Arktyce eksperci określają jako „bezprecedensową” a oba państwa łączy chęć ograniczenia wpływów Zachodu w regionie i uzyskania większej lub pełnej kontroli nad opisaną wcześniej północną droga morską oraz zwiększania zdolności oddziaływania w tamtym regionie. 

Na tak zarysowanym tle widać, że Grenlandia, jako największa wyspa świata, stanowi istotny element arktycznej układanki geopolitycznej. Należy do nielicznych terytoriów na dalekiej północy pozostających poza kontrolą Rosji, obok północnych obrzeży Ameryki Północnej (Alaska, Kanada) oraz Norwegii, Islandii i niewielkiej części Finlandii i Szwecji. Dla Stanów Zjednoczonych i sojuszu NATO Grenlandia odgrywa rolę „bramy” między Oceanem Arktycznym a Atlantykiem głównie na linii GIUK. Kontrola przesmyku była fundamentem strategii NATO już w czasach zimnej wojny, a dziś ponownie nabiera znaczenia w obliczu odradzającej się aktywności rosyjskiej marynarki. 

Z perspektywy Waszyngtonu Grenlandia jest więc elementem szerszej rywalizacji mocarstw w Arktyce. Przejęcie kontroli nad wyspą wzmocniłoby amerykańską pozycję wobec Rosji (utrudniając jej swobodę operacji) i zablokowałoby Chinom możliwość uzyskania przyczółka w tej części świata. 

Warto przypomnieć, że chińskie firmy już wcześniej próbowały inwestować na Grenlandii, np. w 2018 r. koncern China Communications Construction Company Limited chciał finansować budowę lotnisk na wyspie, co jednak zostało zablokowane przez rząd Danii pod presją USA. W 2016 r. inna chińska firma państwowa General Nice Group usiłowała kupić nieczynny port na Grenlandii, również bez powodzenia. 

Natomiast Amerykanie w 2020 r. w Nuuk otworzyli konsulat, sygnalizując rosnące zainteresowanie sprawami wyspy. Wszystkie te działania wpisują się w narastającą militaryzację i rywalizację w Arktyce. 

Grenlandia i kryzys NATO 

Obecny kryzys polityczny wokół Grenlandii będzie miał długofalowe konsekwencje dla relacji sojuszniczych i globalnej architektury bezpieczeństwa. Przede wszystkim wystawił on na próbę wiarygodność oraz spójność NATO. Sytuacja, w której Stany Zjednoczone, lider Sojuszu, otwarcie grożą małemu państwu sojuszniczemu (Danii) użyciem siły militarnej i próbują de facto dokonać terytorialnej ekspansji jego kosztem, jest bezprecedensowa w historii Paktu Północnoatlantyckiego. 

Owszem, od powstania NATO w 1949 r. zdarzały się konflikty i spory między członkami: przykładowo Turcja i Grecja kilkakrotnie stawały na krawędzi wojny (m.in. w 1974 r. podczas kryzysu cypryjskiego), Wielka Brytania i Islandia toczyły tzw. „wojny dorszowe” o łowiska w latach 50. i 70., Francja w 1966 r. wycofała się ze struktur wojskowych NATO, zaś w 2003 r. Sojusz pękł politycznie w kwestii interwencji w Iraku (Francja i Niemcy sprzeciwiły się USA). 

Jednak wszystkie te przypadki różniły się zasadniczo od obecnego, nie doszło w nich do sytuacji, by największe mocarstwo NATO wysłało komunikat strategiczny o możliwości rozważenia militarnego atak na innego członka Sojuszu. Perspektywa takiego bratobójczego konfliktu wywołała szok w europejskiej opinii publicznej i zapewne w niejednym gmachu rządowym. 

Choć do samego zbrojnego starcia nie doszło, niesmak i erozja zaufania pozostaną. Wiele środowisk w Europie otwarcie zaczęło kwestionować wiarygodność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, skoro ten sam gwarant był gotów zagrozić sojusznikowi dla własnej korzyści. Trudno na tym polu uznać tłumaczenie prezydenta Trumpa, że Amerykanie mogą bronić tylko swojego terytorium (własności), a nie terenu dzierżawionego. Wiele amerykańskich baz funkcjonuje na zasadzie współpracy z państwem, na którym się znajduje. Oczywiście zawsze może dojść do różnicy w ocenie sytuacji bezpieczeństwa i Pentagon może mieć problem z planowaniem działań w ujęciu unilateralnym. Nie można jednak zapominać, że USA zbudowały i uwiarygadniały swoją pozycję międzynarodową nie tylko twardą siłą (obecnością wojskową) ale także swoistym soft power, które modelowo osłabia kryzys wokół Grenlandii.  Uderza on w fundament NATO, jakim jest wzajemna solidarność. 

Ponowne polityczne skonsolidowanie Sojuszu po takim epizodzie będzie wymagało czasu i wysiłku, być może dopiero kolejne administracje w USA, bardziej przywiązane do tradycyjnej roli soft power w polityce, zdołają odbudować nadwątlone więzi. Należy przy tym podkreślić, że Stany Zjednoczone nie są „zwykłym” członkiem NATO, lecz jego filarem, stanowią ok. 70% potencjału militarnego Sojuszu i ponoszą największy ciężar wydatków obronnych. 

Gdy lider sojuszu podważa jego zasady, skutki uderzają we wszystkich. Jeśli kiedykolwiek doszłoby, choćby hipotetycznie, do militarnej konfrontacji USA z Danią, NATO praktycznie przestałoby istnieć, bo niemożliwe byłoby funkcjonowanie systemu zbiorowej obrony w ramach, którego toczy się wojna. To czarny scenariusz. 

Cała sytuacja niewątpliwie boleśnie przypomniała Europie, że nie może bezrefleksyjnie polegać na amerykańskim parasolu i musi rozwijać własne zdolności obronne. Z kolei dla globalnego ładu międzynarodowego casus Grenlandii stanowi niebezpieczny precedens: mocarstwo gotowe podważyć integralność terytorialną innego kraju (i to sojuszniczego) dla swoich interesów osłabia normy prawa międzynarodowego i legitymizuje podobne działania innych podmiotów. 

Należy jednak zauważyć, że opisywane napięcie wokół Grenlandii po pierwsze wpisuje się w historyczną sinusoidę roszczeń amerykańskich, opartych na geopolitycznej wizji USA na zachodniej hemisferze. Po drugie w Davos prezydent Donald Trump najpewniej osiągnął pewne porozumienie w tej sprawie z Sekretarzem Generalnym NATO Markiem Rutte (w domyśle: z państwami europejskimi NATO). Nie znamy szczegółów, ale można zakładać, że porozumienie to wskazuje kierunek działań, którego celem jest ograniczenie obecności chińskiej oraz rosyjskiej w regionie, rozszerzenie autonomii wojskowej US Army na wyspie, oraz dostęp do złóż Grenlandii. Jak jest faktycznie pokażą najbliższe lata. 

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Kamil Kusier
redaktor naczelny

komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

Dodaj pierwszy komentarz