Koniec trzydziestu lat oczekiwania? Polska podpisuje w Gdyni kontrakt na okręty podwodne z programu Orka

W poniedziałek 29 czerwca w Gdyni ma zostać podpisana umowa, na którą polska Marynarka Wojenna czekała - jak mówią sami wojskowi - od trzydziestu lat. Polska finalizuje ze Szwecją program Orka: zamówi trzy nowe okręty podwodne typu A26 Blekinge i pozyska tymczasowo używaną jednostkę, która podtrzyma szkolenie załóg do czasu dostarczenia nowych okrętów. Po raz pierwszy od czterech dekad polscy marynarze otrzymają okręty podwodne prosto ze stoczni, a nie używane jednostki z drugiej ręki. Do Trójmiasta przyjedzie w tym celu szwedzka delegacja rządowa na czele z premierem Ulfem Kristerssonem.

biznes marynarka wojenna nato pomorze przemysł stoczniowy przemysł zbrojeniowy trójmiasto wiadomości wojsko

28 czerwca 2026   |   07:22   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: Kamil Kusier   |   Drukuj

fot. Saab

fot. Saab

To moment przełomowy dla flotylli, której Dywizjon Okrętów Podwodnych dysponuje dziś jednym, niemal czterdziestoletnim okrętem ORP „Orzeł" produkcji radzieckiej. Decyzja o wyborze szwedzkiego partnera zapadła w listopadzie 2025 roku, w grudniu ministrowie obrony obu państw podpisali międzyrządowe memorandum, a teraz przychodzi czas na właściwy kontrakt.

Co zostanie podpisane w Gdyni

Podpisanie ma mieć charakter dwustronny i obejmie dwa poziomy: porozumienie międzyrządowe oraz umowy pomiędzy konkretnymi przedsiębiorstwami odpowiedzialnymi za realizację projektu. Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiada, że pakiet obejmie dostawę trzech okrętów podwodnych A26, pozyskanie okrętu na okres przejściowy (tzw. gap fillera), zdobywanie umiejętności i szkolenie polskich załóg, a także sprzedaż polskich produktów, w tym okrętu ratowniczego dla szwedzkiej Marynarki Wojennej.

Wartość programu nie została jeszcze oficjalnie podana. Według dotychczasowych doniesień ma to być kilkanaście miliardów złotych, co czyniłoby Orkę jednym z największych jednostkowych programów zbrojeniowych w historii III RP. Finansowanie ma być mieszane — częściowo z budżetu państwa, częściowo z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych; komitet sterujący Funduszu zatwierdził je w połowie czerwca. Dokładne kwoty, terminy dostaw poszczególnych jednostek i zakres uzbrojenia poznamy zapewne dopiero po poniedziałkowej ceremonii.

Okręty A26 Blekinge. Co kupuje Polska?

Wybór padł na trzy jednostki typu A26 w odmianie Blekinge, budowane w stoczni Saab Kockums w Karlskronie. To nowoczesne okręty o napędzie diesel-elektrycznym, wyposażone w napęd niezależny od powietrza (AIP), pozwalający na długie przebywanie w zanurzeniu. Mają około 66 metrów długości, niespełna 7 metrów szerokości i wyporność nawodną rzędu 1900 ton, a autonomiczność określono na około 45 dni. Dla porównania, służący dziś ORP „Orzeł", radziecka jednostka projektu 877E (w kodzie NATO Kilo), jest dłuższy i cięższy, ale też znacznie starszy i coraz mniej sprawny.

Konstruktorzy podkreślają zdolność A26 do działań wielodomenowych z udziałem sił specjalnych oraz jednostek bezzałogowych, możliwość operowania przy dnie morskim, wodowania i odzyskiwania bezzałogowych pojazdów podwodnych, a także pełną cyfryzację zgodną ze standardami NATO. Charakterystycznym elementem konstrukcji jest tzw. Multi-Mission Portal — duży właz umożliwiający operacje wielozadaniowe, działania przy dnie i ochronę podmorskiej infrastruktury krytycznej, takiej jak kable i gazociągi.

Pierwszy okręt A26 dla Polski ma być gotowy do 2030 roku. Warto przy tym pamiętać o ryzyku terminowym: Szwecja zamówiła pierwsze jednostki tego typu dla własnej floty jeszcze w 2015 roku, a ich dostawy - wielokrotnie przesuwane - planowane są obecnie dopiero na lata 2031–2033.

Rozwiązanie pomostowe: używany okręt typu A17

Żeby flotylla nie została bez żadnej jednostki podwodnej w okresie oczekiwania na nowe okręty, umowa ma obejmować pozyskanie używanego szwedzkiego okrętu typu A17 (w doniesieniach wskazywany jest HMS „Södermanland"). Ma on trafić do Polski już w 2027 roku i pełnić funkcję tzw. gap fillera, czyli zdolności pomostowej, pozwalającej podtrzymać szkolenie i kwalifikacje załóg do czasu wejścia do służby okrętów A26. To rozwiązanie istotne z punktu widzenia ciągłości, utrata zdolności podwodnych, raz przerwana, jest bardzo trudna i kosztowna do odbudowania.

Program Ratownik to fundament, bez którego Orka nie popłynie

Programu Orka nie da się dziś rozpatrywać w oderwaniu od programu Ratownik. Jak ujmują to przedstawiciele przemysłu, dobre ratownictwo i nurkowanie saturacyjne to warunek wstępny eksploatacji okrętów podwodnych, bez nich nowoczesna flotylla podwodna nie może bezpiecznie działać.

Kontrakt na budowę nowego okrętu ratowniczego podpisano w grudniu 2024 roku w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni; jego wartość przekracza miliard złotych. Jednostkę buduje konsorcjum z udziałem PGZ Stoczni Wojennej, Polskiej Grupy Zbrojeniowej oraz Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Centrum Techniki Morskiej, a nadzór nad projektem i budową sprawuje Polski Rejestr Statków. Stępkę położono na początku lutego 2026 roku, wodowanie kadłuba zaplanowano na 2027 rok, a przekazanie gotowej jednostki Marynarce Wojennej ma nastąpić w 2029 roku, rok przed dostawą pierwszego okrętu podwodnego.

Ratownik ma być jednym z najnowocześniejszych okrętów tego typu na Bałtyku. Przy długości około 96 metrów, szerokości 19 metrów i wyporności 6500 ton będzie znacznie większy od poprzedników. Zastąpi wysłużone ORP „Piast" i ORP „Lech", służące już ponad pół wieku. Zasięg operacyjny określono na 6000 mil morskich, a jednostka ma prowadzić działania ratownicze na głębokościach do 300 metrów. Na pokładzie znajdą się m.in. kompleks hiperbaryczny z komorami dekompresyjnymi, dzwon nurkowy, zdalnie sterowane pojazdy podwodne oraz lądowisko dla śmigłowców. Okręt będzie też przystosowany do współpracy z systemem NATO Submarine Rescue System, co umożliwi udział w międzynarodowych akcjach. Po wejściu do służby Ratownik ma stacjonować w Porcie Wojennym w Gdyni, w składzie 3. Flotylli Okrętów.

Pakiet przemysłowy i szwedzkie zakupy w Polsce

Najtrudniejszą częścią negocjacji była, jak wynika z doniesień, nie sama dostawa okrętów, lecz współpraca przemysłowa. Plany zmierzają w kierunku utworzenia wspólnego przedsięwzięcia (joint venture) Polskiej Grupy Zbrojeniowej i Saaba, które poza utrzymaniem okrętów podwodnych miałoby koncentrować się m.in. na rozwoju bezzałogowego pojazdu podwodnego, ciężkich torped oraz serwisowaniu jednostek nawodnych. Partnerami technologicznymi strony szwedzkiej mają być dwie stocznie z portfolio PGZ - Stocznia Wojenna i Nauta oraz OBR CTM. Kluczowym celem strony polskiej jest transfer technologii, dzięki któremu krajowy przemysł zyskałby zdolność obsługi, napraw i przeglądów okrętów oraz uzbrojenia przez cały cykl ich życia, na miejscu, w Polsce.

W pakiecie mają się też znaleźć szwedzkie zakupy w Polsce. Sztandarową pozycją ma być nabycie przez Szwecję okrętu ratowniczego zbudowanego w PGZ Stoczni Wojennej, tej samej, która buduje prototypowego Ratownika dla polskiej floty. To istotny sygnał: program zbrojeniowy zostaje powiązany z konkretnymi zamówieniami eksportowymi dla rodzimego przemysłu stoczniowego.

Od Wilka do Orki. Jak wyglądał polski potencjał podwodny

Historia polskiej broni podwodnej liczy niemal sto lat i jest opowieścią o ambicjach systematycznie rozbijających się o realia finansowe. W całych dziejach Marynarki Wojennej służbę pełniło 25 okrętów podwodnych dziewięciu typów.

Pierwszą umowę na budowę okrętów podwodnych podpisano we Francji 1 grudnia 1926 roku. Powstały trzy podwodne stawiacze min typu Wilk - ORP „Wilk", ORP „Ryś" i ORP „Żbik", które weszły do służby w latach 1931–1932 i utworzyły Dywizjon Łodzi Podwodnych z bazą w Gdyni. Były to jednostki duże, o sporym zasięgu, ale jak pokazała później wojna, zbyt duże i zbyt hałaśliwe jak na płytki Bałtyk. Pod koniec lat trzydziestych do floty dołączyły dwa znacznie nowocześniejsze, oceaniczne okręty torpedowe typu Orzeł - ORP „Orzeł" i ORP „Sęp" - zbudowane w Holandii. „Orzeł" powstał w dużej mierze ze składek społecznych i uchodził za najlepiej przygotowaną do walki polską jednostkę podwodną.

We wrześniu 1939 roku Polska dysponowała pięcioma okrętami podwodnymi, ale ich potencjał nie został w kampanii wykorzystany. Trzy jednostki zostały internowane w Szwecji, a ORP „Orzeł" i ORP „Wilk" przedarły się do Wielkiej Brytanii. Brawurowa ucieczka „Orła" z Tallina - bez map i pomocy nawigacyjnych - przeszła do historii jako jedno z najwybitniejszych dokonań w dziejach okrętów podwodnych. „Orzeł" zaginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach w 1940 roku. W czasie wojny polska bandera powiewała jeszcze na okrętach dzierżawionych od aliantów: ORP „Sokół" i ORP „Dzik" (od Royal Navy) oraz ORP „Jastrząb" (od US Navy), omyłkowo zatopionym przez jednostki alianckie.

Po wojnie potencjał podwodny odbudowywano niemal wyłącznie w oparciu o sprzęt radziecki. Po wycofaniu przedwojennych jednostek do służby weszło sześć małych okrętów serii XV, a w latach sześćdziesiątych - cztery okręty projektu 613 (w kodzie NATO Whiskey). Generacyjna wymiana w latach osiemdziesiątych przyniosła trzy nowe jednostki produkcji ZSRR: pozyskany w 1986 roku ORP „Orzeł" typu Kilo oraz dwa okręty typu Foxtrot. Przełom miał nadejść po wstąpieniu do NATO: w latach 2002–2004 Polska otrzymała w darze od Norwegii cztery okręty typu Kobben. Miały one „kupić czas" na pozyskanie nowych jednostek, ale czas ten został zmarnowany. Kobbeny wycofano w latach 2018–2021 i flotylla została z jednym tylko okrętem: ORP „Orzeł".

Program pozyskania nowych okrętów podwodnych zapisano w planach modernizacji już w 1997 roku, a kryptonim Orka nadano mu w 2012 roku. Miał ruszyć w 2015 roku, kolejne opóźnienia, zmiany koncepcji i nieudana próba zakupu od Francji sprawiły, że na realny kontrakt trzeba było czekać do dziś. Stąd waga poniedziałkowego podpisu: zamyka on rozdział trzydziestu lat oczekiwania i otwiera, jak ujmują to historycy z gdyńskiego Muzeum Marynarki Wojennej, „zupełnie nowy".

Pytania, na które warto poznać odpowiedź

Mimo wagi wydarzenia program budzi też uzasadnione pytania, które część komentatorów i ekspertów stawia pod adresem MON. Pierwszy obszar wątpliwości to terminy: szwedzka stocznia ma wieloletnie opóźnienia w budowie A26 dla własnej marynarki, a Szwecja od dekad nie zbudowała seryjnie nowego okrętu podwodnego. Pytanie, w jakich gwarantowanych umową terminach trafią do Polski poszczególne jednostki.

Drugi obszar to uzbrojenie. Pojawiają się pytania, czy okręty od początku otrzymają wyrzutnie przystosowane do odpalania pocisków manewrujących lub przeciwokrętowych, czy jedynie do torped i min, oraz czy umowa obejmuje zakup samego uzbrojenia. W przestrzeni publicznej przewija się wątek braku pocisków manewrujących w pakiecie, z argumentem, że odpowiednich rozwiązań po prostu „nie ma na rynku". To temat, który może stać się przedmiotem sporu politycznego.

Trzeci obszar dotyczy gap fillera: jaka będzie cena i okres dzierżawy okrętu A17, czy obejmie ona uzbrojenie i co istotne, czy w razie kryzysu lub konfliktu na Bałtyku Polska mogłaby użyć tej jednostki bojowo, czy musiałaby ją zwrócić Szwecji. Wreszcie pytanie o status zapowiadanych szwedzkich zakupów w Polsce: czy chodzi o wiążące umowy, czy na razie o deklaracje i listy intencyjne. Część odpowiedzi powinna paść w poniedziałek.

Szerszy kontekst: Bałtyk, NATO i renesans stoczni

Program Orka wpisuje się w szerszą zmianę, jaką przechodzi polska Marynarka Wojenna i krajowy przemysł stoczniowy. Rosnące znaczenie strategiczne Bałtyku, incydenty z uszkodzeniami podmorskich kabli i rurociągów oraz konieczność ochrony infrastruktury krytycznej - Naftoportu, gazoportu, morskich farm wiatrowych - sprawiły, że flota wojenna znów stała się jednym z filarów systemu obronnego państwa.

Widać to po skali zamówień w PGZ Stoczni Wojennej w Gdyni, która po latach posuchy buduje dziś równolegle fregaty programu Miecznik oraz okręt ratowniczy Ratownik, a do programu Orka dołączy w roli partnera przemysłowego. Stocznia podwaja zatrudnienie i ma zapewnioną pracę na lata. Największą bolączką pozostają kadry, trzydzieści lat bez zamówień na okręty zostawiło głęboką lukę w wykwalifikowanych pracownikach, której nie da się zasypać z dnia na dzień.

Poniedziałkowy podpis w Gdyni będzie więc nie tylko zakupem trzech okrętów. To deklaracja odbudowy całej zdolności, od załóg, przez ratownictwo, po przemysł, który ma te okręty utrzymać. Po trzydziestu latach oczekiwania polska broń podwodna dostaje wreszcie perspektywę przyszłości.

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Kamil Kusier
redaktor naczelny

komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

Dodaj pierwszy komentarz