Przemysł stoczniowy jest sztos. Marcin Ryngwelski o stateczności i jej utracie. Gdy masa przestaje być pod kontrolą

– Stateczność to nie jest teoria z podręcznika. To realna zdolność statku do przeżycia w trudnych warunkach – i niestety historia pokazała, jak dramatycznie może się ona skończyć, gdy wymknie się spod kontroli – mówi Marcin Ryngwelski, prezes zarządu PGZ Stoczni Wojennej w kolejnym odcinku cyklu „Przemysł stoczniowy jest sztos”.

biznes edukacja gospodarka morska pracuj na morzu przemysł stoczniowy przemysł stoczniowy jest sztos sprzęt i technologie wiadomości

30 stycznia 2026   |   10:34   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: Kamil Kusier   |   Drukuj

fot. Kevin Bell  US Fish   Wildlife Service / Wikimedia

fot. Kevin Bell US Fish Wildlife Service / Wikimedia

Wielu widzów serialu „Jan Heweliusz” do dziś pamięta obrazy, które trudno wyrzucić z głowy. Ta tragedia nie była jednak wyjątkiem w historii żeglugi. Utrata stateczności była przyczyną zatonięcia wielu jednostek – cywilnych i wojskowych – na całym świecie.

Czym właściwie jest stateczność?

W największym skrócie: stateczność to zdolność statku albo okrętu do przeciwstawiania się momentom przechylającym i dalszego wykonywania swoich podstawowych funkcji, mimo działania sił zewnętrznychwyjaśnia Marcin Ryngwelski.

Na jednostkę pływającą oddziałują nie tylko wiatr i falowanie, ale również holowanie, operacje portowe czy – w przypadku statków rybackich – narzędzia połowowe.

Falowanie często powoduje zalewanie pokładu głównego i jeżeli zostało to przewidziane na etapie projektowania, nie stanowi zagrożenia.

Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawiają się niekontrolowane momenty dynamiczne, które mogą:

  • wywrócić jednostkę,
  • doprowadzić do zalewania przez niechronione otwory,
  • spowodować przesunięcie ładunku, a tym samym gwałtowną zmianę położenia środka masy.

I właśnie ten trzeci scenariusz był jednym z kluczowych czynników w przypadku „Jana Heweliusza”podkreśla prezes PGZ Stoczni Wojennej.

Stateczność nie bierze się z przypadku

Już na etapie projektu biuro projektowe, stocznia, Centrum Techniki Okrętowej oraz towarzystwo klasyfikacyjne bardzo szczegółowo analizują zagadnienie stateczności.

Dlaczego przykładamy do tego aż taką wagę? Bo masa na statku nigdy nie jest stałatłumaczy Marcin Ryngwelski.

Zmienia się ona w trakcie eksploatacji wraz ze zużyciem paliwa, wody czy olejów, a także podczas załadunku i wyładunku.

Tu nie ma miejsca na intuicję. Tu rządzi matematyka. Każdy kilogram ma znaczenie.

Moment, w którym wszystko się wymknęło spod kontroli

Wracając do tragedii promu Jan Heweliusz, kluczowy był moment, gdy do wnętrza jednostki zaczęła dostawać się woda, a przechył osiągnął wartość, przy której zerwały się łańcuchy zabezpieczające ładunek.

Załoga walczyła do końca, ale trzeba jasno powiedzieć: system balastowy ma swoje granicezaznacza Marcin Ryngwelski. Jeżeli w bardzo krótkim czasie pojawia się niekontrolowana masa wody, a do tego dochodzi przesunięcie ładunku, następuje gwałtowna zmiana zarówno stateczności, jak i położenia środka masy. To najgorszy możliwy scenariusz.

Dlaczego wykonuje się próby przechyłów

Z tego powodu przepisy Polskiego Rejestru Statków (PRS) nakładają na stocznie obowiązek wykonywania kontrolowanych prób przechyłów:

  • dla każdego nowo budowanego statku,
  • po przebudowie,
  • po dodaniu stałego balastu,
  • a w przypadku promów – co najmniej raz na 5 lat.

To moment, w którym teoria spotyka się z rzeczywistością. I bardzo dobrze, że te próby są obowiązkowepodsumowuje Marcin Ryngwelski.

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Kamil Kusier
redaktor naczelny

komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

Dodaj pierwszy komentarz