Trzy salwy na cześć Polski. Bismarck, ORP Piorun i lekcja, o której nie wolno zapomnieć
27 maja 1941 roku, po wielodniowym pościgu na wzburzonym Atlantyku, brytyjski zespół okrętów posłał na dno Bismarcka, niemiecki pancernik uznawany za dumę Kriegsmarine i jeden z najpotężniejszych okrętów nawodnych ówczesnego świata. Dziś mija 85 lat od tamtego dnia. To dobry moment, by przypomnieć rolę, jaką w tej operacji odegrał polski niszczyciel ORP Piorun i wyciągnąć z niej wnioski na dziś.
historia marynarka wojenna na świecie wiadomości27 maja 2026 | 17:07 | Źródło: Gazeta Morska | Opracował: Kamil Kusier | Drukuj

fot. Imperial War Museums
Późnym wieczorem 26 maja, w składzie 4. Flotylli Niszczycieli komandora Philipa Viana, ORP Piorun jako pierwszy okręt grupy pościgowej wykrył niemiecki pancernik. Komandor Eugeniusz Pławski nie uchylił się od walki. Padł rozkaz: "Trzy salwy na cześć Polski!". Przez blisko godzinę polski niszczyciel prowadził nierówny pojedynek, ratując się gwałtownymi zwrotami i zasłonami dymnymi, podczas gdy Bismarck odpowiadał ogniem artylerii średniego kalibru.
Najważniejsze jednak działo się w eterze: Piorun utrzymywał kontakt i nadawał sygnały naprowadzające, dzięki którym główne siły brytyjskie mogły wyjść na pozycje do ataku. Nad ranem, z niemal pustymi zbiornikami paliwa, okręt musiał odejść i ostatecznego zatopienia Bismarcka już nie zobaczył. Dokonały tego następnego dnia samoloty torpedowe z lotniskowca Ark Royal, które uszkodziły urządzenia sterowe pancernika, oraz pancerniki HMS King George V i HMS Rodney.
To nie umniejsza polskiego wkładu, przeciwnie. Prawdziwa wartość tej historii nie leży w zadanym ciosie, lecz w postawie. Mała jednostka z w dużej części niedoświadczoną załogą stanęła oko w oko z najpotężniejszym pancernikiem świata i nie ustąpiła pola.
Heroizm polskich okrętów w czasie II wojny światowej
ORP Piorun nie był wyjątkiem. Był regułą.
We wrześniu 1939 roku polska flota, czwarta siła na Bałtyku, choć wielokrotnie słabsza od Kriegsmarine, nie złożyła broni. Trzy niszczyciele, Błyskawica, Grom i Burza, w ramach operacji Peking jeszcze przed wybuchem wojny przeszły do Wielkiej Brytanii, by walczyć u boku aliantów od pierwszego do ostatniego dnia wojny w Europie. ORP Orzeł przeszedł do legendy brawurową ucieczką z Tallina, bez map i ksiąg sygnałowych. Załogi, które nie mogły już walczyć, zatapiały własne okręty albo internowały się w neutralnej Szwecji, ale nie spuszczały bandery przed wrogiem.
Cena była wysoka. Pod Narvikiem, trafiony niemieckimi bombami, zatonął ORP Grom. Z 213 ludzi załogi zginęło 59. W ciągu całej wojny polscy marynarze stracili setki towarzyszy broni. A jednak Marynarka Wojenna RP, działając u boku aliantów, urosła do kilkudziesięciu jednostek, przebyła ponad milion mil morskich i na trwałe zapisała się w historii bitwy o Atlantyk. Najlepszym świadkiem tamtej epoki jest ORP Błyskawica, najstarszy zachowany na świecie niszczyciel, do dziś cumujący w Gdyni jako okręt-muzeum.
To jest fundament, na którym stoi polska tradycja morska: przekonanie, że banderę się obroni albo zatopi razem z okrętem, ale nigdy się jej nie odda.
Bałtyk nie jest tylko "wewnętrznym morzem NATO"
Odkąd do Sojuszu Północnoatlantyckiego dołączyły Finlandia i Szwecja, w komentarzach zaroiło się od wygodnego sformułowania: Bałtyk to dziś "wewnętrzne morze NATO", niemal "natowskie jezioro". To określenie usypia czujność i właśnie dlatego jest niebezpieczne.
Mapa nie znosi takich uproszczeń. Rosja wciąż ma na Bałtyku Obwód Królewiecki z bazą w Bałtyjsku, wciąż kontroluje wschodni kraniec akwenu z Petersburgiem i Kronsztadem, wciąż utrzymuje tu Flotę Bałtycką, którą mimo ograniczonego budżetu rozwija. Morze, nad którym leży kilka państw o sprzecznych interesach i przez które biegną kable energetyczne, gazociągi oraz światłowody, nie jest niczyim "wewnętrznym". To jeden z najgęściej uczęszczanych i najbardziej newralgicznych akwenów świata.
Nazywanie Bałtyku morzem wewnętrznym Sojuszu to po cichu przerzucenie odpowiedzialności na innych, założenie, że ktoś inny obroni nasze interesy. Tymczasem bezpieczeństwo na morzu zaczyna się od własnej zdolności do działania. Własnej zdolności do działania rozumianej jako zdolności do budowy okrętów, utrzymania ich, rozbudowy możliwości Marynarki Wojennej RP, a przy tym, stałych inwestycji, także w Akademię Marynarki Wojennej, w służbę zasadniczą, ale także w naukę młodzieży, że morze nie powinno zaczynać się i kończyć na wakacyjnych kąpielach.
Rosja na Bałtyku, czyli czego nie wolno przeoczyć
Zagrożenia na Bałtyku już dawno przestały mieć wyłącznie klasyczną, "okrętową" formę. Uszkodzenia podmorskich kabli i rurociągów, podejrzane manewry jednostek "floty cieni", zakłócanie sygnału GPS, naruszenia przestrzeni i prowokacje, to codzienność akwenu, który tylko z pozoru jest spokojny.
Obserwacja rozwoju rosyjskiego potencjału na Bałtyku to nie rusofobia ani podsycanie lęku. To elementarna roztropność. Państwo, które nie rozumie, co dzieje się na jego morzu i pod jego powierzchnią, prędzej czy później zapłaci za tę ignorancję - gospodarczo, jeśli nie militarnie. Polska, której handel zagraniczny w przeważającej części przechodzi przez porty i szlaki morskie, nie może sobie pozwolić na obojętność.
Tylko silne państwo zasługuje na swoje morze
Stąd najważniejszy wniosek z 85. rocznicy zatopienia Bismarcka: polską siłę na morzu trzeba odbudowywać i rozwijać, konsekwentnie, a nie od święta.
To oznacza dokończenie programów modernizacji Marynarki Wojennej, z budową fregat typu Miecznik na czele, i poważne potraktowanie wieloletniej luki w zdolnościach podwodnych. To oznacza inwestycje w krajowy przemysł stoczniowy, w porty, w hydrografię i w ludzi, bez których najnowocześniejszy nawet okręt jest tylko stalą. To oznacza wreszcie myślenie o morzu nie jak o granicy, lecz jak o przestrzeni, w której rozstrzyga się bezpieczeństwo i dobrobyt państwa.
Historia Pioruna przypomina, że o pozycji na morzu nie decyduje wyłącznie tonaż. Decyduje wola, przygotowanie i konsekwencja. Ale wola bez narzędzi pozostaje gestem. Dlatego pamięć o tamtej odwadze zobowiązuje do czegoś więcej niż rocznicowych wieńców.
Morze nagradza tych, którzy je szanują, i bywa bezlitosne dla tych, którzy o nim zapominają. Tylko państwo silne, świadome swoich interesów i gotowe ich bronić, naprawdę zasługuje na swoje morze. Polska z wielowiekową obecnością nad Bałtykiem i z banderą, której nigdy nie oddała ma do tego pełne prawo. Pozostaje pytanie, czy zechce z niego skorzystać.
Trzy salwy na cześć Polski wciąż mają sens. Pod warunkiem, że będzie miał je kto oddać.
zobacz też
Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!
Kamil Kusier
redaktor naczelny
komentarze
Dodaj pierwszy komentarz
zobacz też
Jacht polskich harcerek stoi w Kłajpedzie. Historia Grażyny, pierwszej żeńskiej jednostki pełnomorskiej
Kapitan Jan Pinkiewicz upamiętniony w gdyńskiej Alei Żeglarstwa Polskiego
Hiszpania przygotowuje się do wielkiego jubileuszu żaglowca szkolnego Juan Sebastián de Elcano
90 lat pod żaglami. s/y Orion świętuje jubileusz w sercu Gdyni
Zmarł prof. Konrad Misztal. Był współtwórcą gdańskiej szkoły badań nad gospodarką morską
Wmurowano kamień węgielny pod Muzeum Westerplatte. Rusza jedna z najważniejszych inwestycji historycznych w Polsce
137 lat od cyklonu Apia na Wyspach Samoa. Lekcja historii dla współczesnej żeglugi
ORP Gopło zakończył służbę po 44 latach. Symboliczny koniec epoki trałowców projektu 207
Nagroda im. komandora Macieja Janiaka to wyróżnienie dla tych, którzy budują "Polskę Morską"
55 lat 3 Flotylli Okrętów. Filar siły polskiej Marynarki Wojennej narodził się w Gdyni
REKLAMA
REKLAMA