Nowy dowódca Dywizjonu Okrętów Podwodnych u progu przełomu. Co program Orka oznacza dla polskiej floty podwodnej

Dywizjon Okrętów Podwodnych ma nowego dowódcę. Akt mianowania z rąk wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza odebrał komandor porucznik Łukasz Rumkowski. Obejmuje on stanowisko w momencie szczególnym: polskie siły podwodne, od lat skurczone do jednego wysłużonego okrętu, wchodzą w największą transformację od czasów zimnej wojny. Po niemal trzech dekadach zapowiedzi program Orka stał się faktem, a wraz z nim Marynarka Wojenna RP odzyskuje jedną z najbardziej strategicznych zdolności współczesnej wojny na morzu.

bezpieczeństwo marynarka wojenna nato pomorze trójmiasto wiadomości wojsko

02 lipca 2026   |   12:17   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: Kamil Kusier   |   Drukuj

fot. Krzysztof Niedziela / MON

fot. Krzysztof Niedziela / MON

Dywizjon z wielką tradycją i trudną teraźniejszością

Dywizjon Okrętów Podwodnych, wchodzący w skład 3. Flotylli Okrętów w Gdyni-Oksywiu, należy do jednostek o najdłuższym rodowodzie w polskiej flocie. Jego tradycje sięgają przedwojennego dywizjonu i legendarnych okrętów ORP Orzeł oraz ORP Sęp, a patronem 3. Flotylli pozostaje komandor Bolesław Romanowski, jeden z najsłynniejszych polskich podwodniaków i dawny dowódca dywizjonu.

Teraźniejszość jest jednak znacznie trudniejsza od historii. Po wycofaniu przekazanych przez Norwegię okrętów typu Kobben w składzie dywizjonu pozostał tylko jeden okręt podwodny – ORP Orzeł projektu 877E (w kodzie NATO: Kilo), którego banderę podniesiono jeszcze w 1986 roku. To jednostka u kresu możliwości eksploatacyjnych, a mimo to przez lata samodzielnie utrzymująca ciągłość polskiej służby podwodnej, jej wyszkolenia i obecności na sojuszniczych ćwiczeniach. Nowy dowódca przejmuje więc jednostkę w najniższym od dekad punkcie jej potencjału, ale też w chwili, gdy na horyzoncie pojawia się jego odbudowa.

Dlaczego okręt podwodny jest bronią wyjątkową

Okręt podwodny to broń, której znaczenie daleko wykracza poza liczbę jednostek. Jego największym atutem jest skrytość: zdolność do niewidzialnej, długotrwałej i ciągłej obecności pod powierzchnią morza, której nie zapewni ani okręt nawodny, ani lotnictwo morskie. Dzięki temu nawet niewielka flota podwodna działa jak mnożnik siły, zmuszając potencjalnego przeciwnika do ostrożności i wiązania znacznych środków na obronę przeciwpodwodną.

Zadania takich okrętów są szerokie: rozpoznanie, działania uderzeniowe i rozpoznawczo-uderzeniowe, przerywanie i tworzenie blokad morskich, a także osłona własnych zespołów nawodnych. W realiach Bałtyku dochodzi do tego zadanie, które w ostatnich latach wysunęło się na pierwszy plan – ochrona podwodnej infrastruktury krytycznej. Gazociąg Baltic Pipe, planowany kabel energetyczny Harmony Link łączący Polskę z Litwą czy terminal LNG w Świnoujściu to obiekty, których nie da się skutecznie osłaniać z powietrza ani z pokładu fregaty. Seria aktów sabotażu na podmorskich kablach w rejonie Bałtyku pokazała, że współczesna wojna hybrydowa toczy się również pod wodą, poza zasięgiem klasycznych sił nawodnych. To domena, w której obecność własnych okrętów podwodnych ma znaczenie strategiczne.

Orka: koniec niemal trzydziestoletniej sagi

Program Orka przez kilkanaście lat był podręcznikowym przykładem projektu, który wraca jak bumerang i wciąż nie kończy się zakupem. Zapisywany w kolejnych planach modernizacji technicznej, przez lata pozostawał w fazie analiz i deklaracji. To się właśnie zmieniło: Ministerstwo Obrony Narodowej podpisało z koncernem Saab kontrakt na trzy nowoczesne okręty podwodne typu A26 (w Szwecji określane jako typ Blekinge), o wartości ponad 18 mld zł. Wybór szwedzkiej oferty ogłoszono jesienią 2025 roku, po rywalizacji, w której odrzucono propozycje Francji (Naval Group), Niemiec (ThyssenKrupp Marine Systems), Włoch (Fincantieri), Hiszpanii (Navantia) oraz Korei Południowej (Hanwha).

Nowe jednostki mają napęd niezależny od powietrza (AIP) i są zoptymalizowane do działań na płytkim, trudnym akustycznie Bałtyku. Ponieważ ich dostawy rozłożono w czasie – pierwszy okręt ma trafić do Polski w pierwszej połowie lat 30., a odtworzenie pełnych zdolności w domenie podwodnej przewidziano na 2038 rok – lukę pomostową wypełni wypożyczony od Szwecji starszy okręt typu A17. Szkolenie polskich załóg ma ruszyć wcześniej, w szwedzkich ośrodkach.

Równie istotny jak same okręty jest wymiar przemysłowy kontraktu. Polska Grupa Zbrojeniowa i Saab zapowiedziały utworzenie wspólnego przedsięwzięcia odpowiedzialnego za serwis, naprawy i modernizację nowych okrętów, wraz z transferem technologii, który ma dać krajowemu przemysłowi niezależność w utrzymaniu jednostek przez cały cykl życia. Z programem powiązane są też inne projekty, w tym budowa okrętu ratownictwa podwodnego Ratownik.

Wybór ten nie jest wolny od kontrowersji, o których warto wspomnieć rzetelnie. Krytycy wskazują, że z wymagań usunięto pierwotnie kluczową zdolność do rażenia celów lądowych pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu, a więc „ofensywne kły” okrętów. Podnoszone są także ryzyka harmonogramowe – A26 nie wszedł jeszcze do służby w żadnej marynarce, a szwedzki program notował opóźnienia – oraz koszty utrzymania krótkiej serii. Zwolennicy odpowiadają, że okręty są skrojone pod realia Bałtyku traktowanego dziś jako morze wewnętrzne NATO, a wspólna platforma ze Szwecją zwiększa interoperacyjność i bezpieczeństwo współpracy na wschodniej flance.

Gdzie postawi to Polskę, gdy okręty wejdą do służby

Po wejściu A26 do linii Polska przejdzie z pozycji państwa o zanikającej zdolności podwodnej do roli pełnoprawnego uczestnika sojuszniczej „tarczy” pod powierzchnią Bałtyku. Ma to znaczenie tym większe, że cały region zbroi się pod wodą. Szwecja docelowo ma dysponować czterema okrętami A26, Norwegia wprowadza cztery jednostki typu 212CD budowane wspólnie z Niemcami, sami Niemcy rozbudowują własną flotę 212CD, a odbudowę komponentu podwodnego rozważają Finlandia i Dania. W efekcie w basenie Morza Bałtyckiego w kolejnej dekadzie operować może kilkanaście nowoczesnych okrętów państw sojuszu – wobec znacznie skromniejszego i w dużej części wysłużonego komponentu podwodnego rosyjskiej Floty Bałtyckiej, bazującej w Bałtijsku i Kronsztadzie.

Dla Polski oznacza to kilka rzeczy naraz. Odzyskuje wiarygodne narzędzie odstraszania i rozpoznania na własnym morzu. Zyskuje realną zdolność do ochrony podmorskiej infrastruktury energetycznej i telekomunikacyjnej, od której zależy bezpieczeństwo kraju. Wreszcie, dzięki wspólnej platformie i krajowemu zapleczu serwisowemu, staje się trwałym elementem interoperacyjnej, wielonarodowej obrony podwodnej regionu, a nie jedynie jej biernym beneficjentem.

Największe wyzwanie: ludzie

Sprzęt to jednak tylko część równania. Obsadzenie trzech nowoczesnych okrętów będzie wymagać znacznie liczniejszej i wysoko wyspecjalizowanej kadry podwodniaków niż ta, którą Marynarka Wojenna dysponuje dziś, po latach służby na pojedynczym okręcie. To właśnie odbudowa i wyszkolenie tego korpusu, z wykorzystaniem jednostki pomostowej i szkolenia u sojuszników, będzie jednym z kluczowych zadań na najbliższe lata.

I tu koło się zamyka. Nowy dowódca Dywizjonu Okrętów Podwodnych obejmuje jednostkę w chwili, gdy trzeba przeprowadzić ją przez najtrudniejszy okres: utrzymać ciągłość tradycji i wyszkolenia w czasie luki sprzętowej, by wprowadzić polskich podwodniaków w erę okrętów typu A26. Komandorowi porucznikowi Łukaszowi Rumkowskiemu pozostaje życzyć na tej drodze samych pomyślnych wiatrów.

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Kamil Kusier
redaktor naczelny

komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

Dodaj pierwszy komentarz