Gdynia jako próba generalna przed 2027 rokiem. Czy lokalna polityka właśnie pokazała przyszły układ Polski?

W Gdyni wydarzyło się coś więcej niż zmiana przewodniczącego Rady Miasta. Tadeusz Szemiot stracił stanowisko, Beata Zastawna została nową przewodniczącą, a koalicja rządząca miastem od listopada 2024 roku przestała istnieć. Najciekawsze nie jest jednak nazwisko nowej przewodniczącej. Najciekawsze jest to, kto okazał się zdolny zbudować większość. Bo jeśli gdyński eksperyment zacznie powtarzać się w innych miastach, może stać się jednym z ważniejszych politycznych sygnałów przed wyborami parlamentarnymi 2027 roku.

opinie i komentarze polityka pomorze trójmiasto wiadomości

14 września 2026   |   21:08   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: Kamil Kusier   |   Drukuj

fot. Magdalena Czernek / gdynia.pl

fot. Magdalena Czernek / gdynia.pl

W polskiej polityce od kilku lat przyzwyczailiśmy się do prostego podziału: PiS po jednej stronie, obóz wchłaniany przez Donalda Tuska po drugiej, a pomiędzy nimi Konfederacja, PSL, Polska 2050 i kolejne próby budowania nowych projektów zależnych od Platformy Obywatelskiej w mniej, lub bardziej oczywisty sposób. Tymczasem samorząd zaczyna mówić innym językiem. Gdynia właśnie pokazała, że lokalna arytmetyka może być silniejsza od partyjnych etykiet.

Gdyński przewrót nie był tylko zmianą personalną

14 września, na nadzwyczajnej sesji zwołanej w sprawie związku metropolitalnego, radni odwołali Tadeusza Szemiota z funkcji przewodniczącego Rady Miasta Gdyni. Za odwołaniem głosowało 15 radnych, przeciw było 13. W kolejnym głosowaniu 15 głosów otrzymała Beata Zastawna i to ona przejęła prowadzenie obrad.

Jeszcze ważniejsze było to, co wydarzyło się wokół głosowania. Prezydent Aleksandra Kosiorek ogłosiła koniec koalicji z KORMiL-em, czyli klubem Koalicji Obywatelskiej, Ruchów Miejskich i Lewicy, z którym rządziła miastem od listopada 2024 roku. Uzasadniała to sprzeciwem wobec odwołania wiceprezydenta Rafała Geremka i tym, że radni wkraczali w kompetencje organu wykonawczego. Sojusz przetrwał rok, dziewięć miesięcy i piętnaście dni.

Warto zapisać, z czego składało się te 15 głosów, bo na tym stoi cała reszta tej historii. Wniosek o odwołanie złożył radny PiS Marek Dudziński wspólnie z grupą radnych, wśród których wymienił swoich klubowych kolegów i przedstawicieli Rozwoju Plus. Sam Marek Dudziński ogłosił, że "w Gdyni doszło do politycznego przewrotu", że to koniec rządów KO w mieście, w którym Koalicja ma niemal połowę rady, i że prezydent zerwała koalicję z KO. Radny dotychczasowej koalicji Łukasz Piesiewicz opisał nową większość z drugiej strony barykady, jako sojusz PiS, Samorządności Wojciecha Szczurka, PSL i radnych wspierających prezydent. Obie relacje, przeciwnika i beneficjenta, mówią to samo: większość powstała w poprzek wszystkich szyldów, które w Warszawie uchodzą za niemożliwe do połączenia.

Można patrzeć na Gdynię jak na kolejną lokalną awanturę. Można też zobaczyć w niej miniaturę problemu, przed którym za rok stanie cała polska polityka.

Czy partie jeszcze naprawdę dzielą scenę?

Beata Zastawna nie jest przykładem klasycznego partyjnego transferu. Jej polityczna droga prowadziła przez Samorządność, potem Gdyński Dialog Aleksandry Kosiorek, z którego w 2025 roku wraz z czworgiem radnych odeszła do nowego klubu Gdynia Niezależna, a od 2025 roku jest także związana z PSL. W gdyńskiej radzie funkcjonuje więc jednocześnie jako postać lokalna i osoba z partyjnym zapleczem.

Takich polityków będzie prawdopodobnie przybywać. Nie dlatego, że partie przestaną istnieć. Przeciwnie, partie nadal będą potrzebne, żeby zdobyć mandaty. Ale po zdobyciu mandatów zaczyna się druga gra: gra o większość. I w tej grze granica między PiS-em, Konfederacją, PSL-em, lokalnymi komitetami i nowymi projektami może okazać się znacznie mniej szczelna niż w kampanii.

Gdynia nie jest jeszcze kalką wyników w Polsce, ale może być

Trzeba zachować proporcje. Nie ma podstaw, żeby po jednym głosowaniu ogłaszać narodziny wielkiego prawicowo-centrowo-ludowego bloku. Lokalna polityka rządzi się własnymi prawami: radny może zagłosować z przeciwnikiem za inwestycją, budżetem czy zmianą personalną, a następnego dnia ostro się z nim spierać. Nie należy więc mówić, że PiS, Konfederacja, Korona, Rozwój i PSL stworzyły w Gdyni koalicję. To byłoby zbyt daleko idące.

Ale można powiedzieć coś znacznie ciekawszego: granice, które jeszcze niedawno wydawały się nieprzekraczalne, zaczynają być przekraczalne. A to w polityce bywa ważniejsze od formalnego podpisania umowy koalicyjnej.

Największym eksperymentem może być PSL

Jeżeli ktoś powinien szczególnie uważnie przyglądać się Gdyni, to Polskie Stronnictwo Ludowe. Ludowcy są częścią obecnego układu rządowego, a jednocześnie ich samodzielność polityczna jest coraz bardziej problematyczna. W sierpniowym badaniu CBOS PSL znajdowało się poniżej progu wyborczego, podobnie jak kilka innych mniejszych ugrupowań.

To tworzy fundamentalny dylemat. Zostać przy obecnym obozie i próbować przetrwać jako jego mniejszy partner? Szukać własnej drogi? Czy może stać się pomostem między środowiskami, które dziś deklarują się jako prawicowe, centrowe albo lokalne? Gdynia pokazuje, że ten trzeci wariant nie jest już abstrakcją. Nie oznacza to, że PSL jutro zawrze sojusz z Konfederacją czy PiS-em. Oznacza, że ludowcy mogą być zainteresowani rolą ugrupowania, które nie przywiązuje się na zawsze do jednego obozu. A to może okazać się bezcenne po wyborach.

Jeszcze ciekawszy jest Rozwój Plus

Na scenie pojawiła się kolejna zmienna: Rozwój Plus. W Gdyni jego radni byli wśród wnioskodawców odwołania przewodniczącego, a w sondażu Pollster partia uzyskała 5,14 proc., przy 33,34 proc. KO, 22,23 proc. PiS, 13,54 proc. Konfederacji, 8,23 proc. Nowej Lewicy i 8,02 proc. Konfederacji Korony Polskiej. Sondaż nie jest prognozą, ale pokazuje coś ważnego: polska prawica i centroprawica fragmentaryzują się na więcej niż dwa podmioty. Co ważne, zawsze niedoszacowaną przez sondaże.

I tu pojawia się paradoks. Fragmentacja może być słabością, bo jeśli kilka ugrupowań zabierze sobie nawzajem wyborców, część z nich straci mandaty przez progi. Może też być siłą, bo jeśli po wyborach będą w stanie się porozumieć, stworzą większość, której pojedyncza partia nigdy by nie osiągnęła.

Matematyka jest bezlitosna, ale nie decyduje

Cztery ugrupowania prawicy i centroprawicy z tego sondażu, PiS, obie Konfederacje i Rozwój Plus, mają łącznie 48,93 proc. To nie jest większość parlamentarna, ale to już poważny potencjał negocjacyjny, zwłaszcza gdyby po tej stronie układanki znalazła się część PSL.

Tylko że wybory wygrywa się nie sumą procentów, ale mandatami. System d'Hondta premiuje większe ugrupowania, więc cztery partie mogą mieć razem bardzo dużo głosów i mimo to stracić mandaty, jeśli będą konkurować w tych samych okręgach. Dlatego przed 2027 rokiem zobaczymy grę o formę: wspólna lista, osobny start z porozumieniem podpisanym przed wyborami albo osobny start bez żadnych zobowiązań i rozmowy po. Gdynia pokazuje czwarty wariant: nie trzeba zawierać wielkiej ideologicznej umowy, żeby wspólnie stworzyć większość. To może być najbardziej przyszłościowy element całej tej historii.

Kto potrafi zbudować koalicję 231 mandatów

Być może w 2027 roku Polacy nie dostaną wyboru "PiS albo KO". Być może dostaną Sejm rozdrobniony jak nigdy: KO, PiS, Konfederacja, Konfederacja Korony Polskiej, Rozwój Plus, Lewica, PSL, Razem i może jeszcze ktoś. W takim Sejmie najważniejsze pytanie nie będzie brzmiało "kto wygrał wybory", tylko "kto potrafi zbudować 231 mandatów". Choć i fakt, że ktoś te wybory wygra, nie oznacza, że od razu dostanie misję tworzenia rządu przez Prezydenta RP. To zwyczaj, nie obowiązek.

Wyobraźmy sobie, że KO jest największą partią. To wcale nie musi oznaczać, że jej lider będzie w stanie stworzyć rząd. Można wygrać wybory i przegrać władzę. PiS zna ten mechanizm doskonale: w 2023 roku zdobył najwięcej głosów, ale nie zbudował większości i rządy przejęła koalicja KO, Trzeciej Drogi i Lewicy. Historia może zadziałać w drugą stronę.

Koalicja bez lidera

I tu dochodzimy do rzeczy, którą postawię jako tezę: żaden z dzisiejszych oficjalnych kandydatów na premiera ani obecny premier nie będzie szefem rządu po wyborach w 2027 roku. Nie dlatego, że KO przegra. Dlatego, że rządząca koalicja nie ma lidera na nowe rozdanie i nie jest w stanie go wyłonić.

Problem leży w samej konstrukcji tego obozu. Koalicja rządząca myśli o swoim przywództwie wyłącznie w ramach Platformy: następcą Donalda Tuska może być tylko ktoś z Platformy, namaszczony przez Platformę, w platformerskiej logice. PSL, Polska 2050 i Lewica są w tym myśleniu dodatkami do listy, a nie partnerami w wyborze lidera. Taki obóz nie jest zdolny wyjść poza własne ramy i właśnie to jest dla niego samodestrukcyjne. Bo w rozdrobnionym Sejmie rząd tworzy nie ten, kto ma najwięcej mandatów, tylko ten, kto potrafi być liderem dla kilku ugrupowań naraz. Koalicja, która nie umie wskazać lidera nawet dla samej siebie, nie wskaże go dla nikogo innego.

Warunek dla drugiej strony

Żeby scenariusz "PiS plus Konfederacja plus Korona plus centrum plus PSL" stał się realny, te środowiska musiałyby odpowiedzieć sobie na pytanie, co je łączy poza niechęcią do obecnego rządu. Koalicja zbudowana wyłącznie przeciwko komuś może wygrać wybory. Znacznie trudniej jest dzięki niej rządzić. PiS i Konfederacja spierają się o gospodarkę, Unię, politykę społeczną i sposób prowadzenia państwa. Konfederacje nie są jednym organizmem. Rozwój dopiero szuka własnej przestrzeni. PSL ma inną historię, elektorat i interesy. Wspólny przeciwnik może być spoiwem na kilka miesięcy. Nie wystarczy na cztery lata.

Dlatego paradoksalnie najbardziej interesująca może być nie największa partia, ale polityczny środek między blokami. Ktoś, kto będzie miał 5-8 procent, może mieć większą władzę niż partia z 20 procentami, bo jeśli żadna ze stron nie będzie miała większości, kilka procent stanie się kartą przetargową. I właśnie dlatego tak ważne są dziś PSL, Rozwój Plus oraz lokalne środowiska samorządowe. Nie dlatego, że muszą wygrać. Dlatego, że mogą decydować, kto wygra władzę.

Wojciech Szczurek też nie zniknął z tej układanki

W Gdyni jest jeszcze jeden symbol. Wojciech Szczurek przegrał wybory prezydenckie w 2024 roku i zakończył wieloletnią epokę, ale jego Samorządność nie zniknęła. Ma pięć mandatów w radzie i w nowym układzie te pięć mandatów okazało się kluczowe. W Polsce kończy się czas polityków, których można łatwo przypisać do jednego centralnego szyldu. Rośnie znaczenie ludzi, którzy najpierw są od swojego miasta, a dopiero potem od swojej partii. Jeśli ten trend się umocni, partie ogólnopolskie będą musiały nauczyć się z nimi negocjować.

Gdynia może być początkiem, ale niekoniecznie tego, czego oczekują jedni i drudzy

Nie powiedziałbym dziś: Gdynia odsunęła obóz Donalda Tuska, więc Polska zrobi to samo w 2027 roku. To byłoby zbyt proste. Powiedziałbym coś innego: Gdynia pokazała, że polityczne granice są mniej stabilne niż jeszcze kilka lat temu. A to jest znacznie ważniejsza wiadomość.

Jeżeli w kolejnych miesiącach w następnych miastach zaczną powstawać większości łączące samorządowców, PSL, środowiska prawicowe i nowe projekty centrowe, będzie można mówić o zmianie modelu politycznego. Modelu, w którym partie nadal walczą ze sobą przed wyborami, ale po wyborach coraz częściej okazuje się, że najważniejsza jest nie etykieta, lecz zdolność do zbudowania większości.

Wtedy rok 2027 może przynieść najbardziej paradoksalny wynik z możliwych. KO może wygrać wybory. PiS może wygrać swoją część prawicy. Konfederacja może osiągnąć historyczny wynik. Korona może wejść do Sejmu. Rozwój może stać się języczkiem u wagi. PSL może przetrwać dzięki roli pośrednika. A mimo to dopiero następnego dnia zacznie się prawdziwa walka o władzę, bo rząd tworzy ten, kto potrafi znaleźć 231 ludzi gotowych nacisnąć ten sam przycisk. I dziś nie ma go po żadnej stronie.

Właśnie dlatego warto patrzeć nie tylko na Warszawę. Warto patrzeć na Gdynię.

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Kamil Kusier
redaktor naczelny

komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

Dodaj pierwszy komentarz