Dwa wraki Lancasterów, jedna operacja. Bombowce spadały nad Bałtykiem, zrzucając miny rozbrajane do dziś
Nurkowie z gdyńskiej grupy Baltictech zidentyfikowali na dnie Zatoki Gdańskiej wrak brytyjskiego bombowca Avro Lancaster. Maszyna leży na głębokości zaledwie jedenastu metrów, między wejściem do portu w Gdyni a torpedownią w Babich Dołach, w miejscu, które uchodziło za wielokrotnie zbadane. Trzy miesiące wcześniej, w lesie koło plaży w Świnoujściu, mieszkaniec zbierający jagody natrafił na kilkadziesiąt fragmentów innego Lancastera, którego skrzydło rybacy wyłowili z morza siedemnaście lat temu.
historia lotnictwo pomorze pomorze zachodnie wiadomości wojsko03 października 2026 | 07:29 | Źródło: Gazeta Morska | Opracował: Kamil Kusier | Drukuj

fot. Wikimedia / RAF
Dwa wraki na przeciwnych końcach polskiego wybrzeża, znalezione w tym samym roku, mają wspólną historię. Oba samoloty spadły w 1944 roku w operacji, o której w opowieści o brytyjskich bombowcach prawie się nie mówi: w nocnych lotach minowych nad Bałtykiem, w których Lancastery zrzucały z małej wysokości miny morskie na podejścia do niemieckich portów od Szczecina po Gdynię. Te same miny nurkowie minerzy Marynarki Wojennej rozbrajają do dziś.
Silniki V12 na jedenastu metrach
Wrak w Zatoce Gdańskiej odkryła grupa Baltictech, znana z identyfikacji wraków bałtyckich, w tym krążownika Karlsruhe. Trop przyszedł z Marynarki Wojennej, która kilka tygodni temu przekazała nurkom informację, że między wejściem do portu a torpedownią leżą resztki dużego samolotu.
- Trochę trudno było w to uwierzyć, bo teren ten jest przecież bardzo dobrze sprawdzony. Dopiero jak weszliśmy do wody, to się naprawdę zdziwiliśmy – napisali nurkowie Baltictechu w komunikacie o odkryciu.
O identyfikacji przesądziły zachowane silniki, rzędowe V12, czyli Rolls-Royce Merliny, oraz łopaty śmigieł. Czterosilnikowych bombowców z takim napędem Niemcy nad Zatoką Gdańską nie zestrzeliwali wielu, a Lancaster, z charakterystycznym podwójnym usterzeniem, był jedynym, który latał tu regularnie.
- Na głębokości 11 metrów leżały silniki wraz z łopatami śmigieł i resztki naprawdę dużego samolotu. Po rodzaju silnika szybko doszliśmy do tego, że to brytyjski Lancaster – relacjonuje grupa.
Pierwszy trop prowadził do nalotów na Gdynię, która jako największa baza Kriegsmarine poza Niemcami była bombardowana przez aliantów dwukrotnie: w sierpniu 1943 roku, gdy trafiono stojący w porcie niedokończony lotniskowiec Graf Zeppelin i transportowiec Stuttgart, oraz w grudniu 1944 roku. W pierwszym nalocie leciały wyłącznie maszyny amerykańskie, w drugim były Lancastery i cztery z nich stracono. Nurkowie byli, jak piszą, blisko identyfikacji, ale według raportów wszystkie cztery spadły w drodze powrotnej do Anglii, daleko od Gdyni.
Wtedy Tomasz Zwara z Baltictechu poszedł inną drogą i sprawdził w brytyjskich archiwach wszystkie straty Lancasterów nad Bałtykiem. Było ich osiem, w tym jedna tuż nad Gdynią, w sierpniu 1944 roku, podczas minowania portu w locie na małej wysokości.
- Samolot został strącony przez obronę przeciwlotniczą, a cała załoga zginęła. Operacja minowania była tak precyzyjna i skuteczna, że część tych niewybuchów była dopiero niedawno zutylizowana – piszą nurkowie, dodając, że szukają dalej i powinni szybko dotrzeć do listy załogi.
Wrak jest objęty ochroną. Historią zainteresowało się Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, które, jak podaje Baltictech, przymierza się do wydobycia resztek samolotu. Jeśli do tego dojdzie, silnik Merlin z dna Zatoki Gdańskiej stanie w muzeum kilkaset metrów od miejsca, nad którym go zestrzelono.
Jagody, blachy i amunicja kalibru .303
Historia ze Świnoujścia zaczęła się w lipcu, w lesie niedaleko plaży. Mieszkaniec zbierający jagody natrafił w wykopie na części samolotu: blachy z charakterystycznym nitowaniem, amunicję karabinową kalibru .303 British, używaną w brytyjskich lotniczych Browningach, i rurkę z numerem identyfikacyjnym wskazującym na osprzęt silnika Merlin. Wiktor Czeszewski z Muzeum Obrony Wybrzeża stwierdził od razu, że to nie jest przypadkowy złom, tylko fragmenty samolotu alianckiego, Lancastera albo Mosquito.
Muzeum ma w tej sprawie coś więcej niż przypuszczenie. W jego zbiorach od 2009 roku znajduje się pięciometrowy fragment skrzydła Lancastera, wyłowiony przez rybaków z Bałtyku około kilometra w linii prostej od miejsca lipcowego odkrycia. Skrzydło zostało zidentyfikowane, a wraz z nim nazwiska trzech członków załogi samolotu, który przez Świnoujście leciał bombardować cele w rejonie Polic lub Szczecina. Dyrektor muzeum Piotr Piwowarczyk mówi wprost, że to może być ta sama maszyna: teren jest nienaturalnie pofałdowany, w wykopie widać większy obiekt wbity w ziemię, a do przeszukania jest pół hektara. Urzędnicy wojewody byli na miejscu, co otwiera drogę do oficjalnych badań archeologicznych, bo w ziemi mogą być szczątki lotników, których nigdy nie pochowano.
Operacja, o której nie ma w podręcznikach
W pamięci o Bomber Command są Drezno, Hamburg i Berlin. Nie ma w niej Bałtyku, choć od 1940 roku do końca wojny brytyjskie bombowce prowadziły nad nim stałą kampanię minowania, pod kryptonimem „Gardening", czyli ogrodnictwo. Rejony zrzutu miały nazwy warzyw i kwiatów, a załogi zamiast bomb brały na pokład miny morskie, które trzeba było zrzucić dokładnie, z wysokości kilkuset stóp, w tory wodne prowadzące do portów. Celem było zamknięcie niemieckich portów, utrudnienie szkolenia okrętów podwodnych, które Kriegsmarine prowadziła na Bałtyku, i zatrzymanie transportów rudy szwedzkiej.
Minowanie uchodziło w załogach za zadanie łatwiejsze niż nalot na Ruhrę i dlatego wysyłano na nie często młode załogi. Było to złudzenie. Lot nad wodą na małej wysokości, w zasięgu artylerii przeciwlotniczej z brzegu i z okrętów, bez możliwości manewru przy zrzucie, kosztował Bomber Command setki maszyn, a straty w operacjach minowych na Bałtyku w 1944 roku, gdy Niemcy wzmocnili obronę portów od Szczecina po Gdynię i Królewiec, były w niektórych nocach wyższe niż nad Niemcami. Lancaster z Zatoki Gdańskiej, zestrzelony w sierpniu 1944 roku, i Lancaster spod Świnoujścia, który leciał na Police lub Szczecin, są dwoma z tych samolotów. Oba spadły do wody w nocy, w miejscach, do których nikt potem nie wrócił po załogi.
Miny z tych samych samolotów leżą do dziś
Jest jeszcze jeden powód, dla którego te wraki warto połączyć w jedną historię. W poniedziałek 5 października nurkowie minerzy z 8 Flotylli Obrony Wybrzeża zaczynają w Świnoujściu neutralizację pięciu brytyjskich min lotniczych typu Mark IV, V i VI, znalezionych na budowie falochronu nowego portu zewnętrznego, kilometr od terminalu LNG. Każda z nich ma trzy metry długości i od 350 do 550 kilogramów materiału wybuchowego; razem to ekwiwalent 2500 kilogramów trotylu. Przez cztery dni plaże od Ahlbecku po Międzyzdroje będą zamknięte dla wchodzących do wody.
To są dokładnie te miny, które zrzucały Lancastery: lotnicze miny morskie reagujące na pole magnetyczne i akustyczne przepływających statków, zrzucane na spadochronach w tory wodne. W Zatoce Gdańskiej, na Zatoce Pomorskiej i na podejściach do Świnoujścia leżą ich setki, a każda inwestycja na dnie, od falochronu po farmę wiatrową, zaczyna się od ich wyszukania. Dwa wraki samolotów i pięć min w jednym tygodniu to dwa końce tej samej operacji sprzed osiemdziesięciu dwóch lat: samolot, który nie wrócił, i ładunek, który dotarł.
Co dalej z obydwoma wrakami
W Gdyni następnym krokiem są nazwiska. Baltictech zestawia dane z archiwów z tym, co widać na dnie, a Muzeum Marynarki Wojennej rozważa wydobycie fragmentów; jeśli uda się ustalić załogę, wrak przestanie być znaleziskiem, a stanie się grobem wojennym, co w świetle brytyjskich przepisów zmienia zasady postępowania. W Świnoujściu czekają badania archeologiczne na pół hektara lasu, z pytaniem, czy w ziemi są szczątki trzech lotników ze skrzydła z 2009 roku. Dla obu muzeów to szansa na opowiedzenie historii, której polskie wybrzeże dotąd nie opowiadało: o brytyjskich bombowcach, które spadały nie nad Niemcami, tylko nad Bałtykiem, w nocy, kilkaset metrów od brzegu, w lotach, które w raportach nazywano ogrodnictwem.
Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!
Kamil Kusier
redaktor naczelny
komentarze
Dodaj pierwszy komentarz
zobacz też
Siedmiu poległych na wojnie, siedmiu w czasie pokoju. Błyskawica ma 90 lat i wciąż nosi banderę
Batavia schodzi na ląd. Holendrzy pokazują, co można zrobić ze statkiem, którego nie warto już trzymać na wodzie
17 września 1939. Sowieci wkroczyli do Polski. Agresja, deportacje i Katyń
563 lata temu Gdańsk i Elbląg rozbiły flotę Krzyżaków. 44 okręty wielkiego mistrza kontra 30 kaperskich
Prawie 5000 motocykli w drodze do Piaśnicy. Pamięć o zbrodni, której Niemcy nie zdołali spalić
Samobójstwo według SB, zabójstwo według Solidarności. IPN szuka odpowiedzi po 43 latach
IX Motocyklowy Rajd Piaśnicki 12 września. Motocykliści oddadzą hołd ofiarom zbrodni w Lasach Piaśnickich
Donald Tusk na Westerplatte: Równie ogłuszająca jak salwy ze Schleswiga-Holsteina była samotność polskich żołnierzy
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz na Westerplatte: Nigdy więcej Polski, która miała tylko odwagę
Prezydent RP Karol Nawrocki na Westerplatte: Pamięć o 1 września wymaga prawdy i odpowiedzialności
REKLAMA
REKLAMA