Bałtyk pod stałą presją. Zakłócenia nawigacji, przechwycenia i flota cieni. Sygnał ostrzegawczy ze Szwecji
Zakłócenia sygnałów GNSS objęły w czerwcu 11,39 procent czasu w rejonie polskiego wybrzeża. Wynika to z odczytów dwóch stacji monitorujących jakość sygnału, co w przeliczeniu daje średnio blisko dwie godziny i czterdzieści minut na dobę, przez które nawigacja satelitarna w tym rejonie bywa niewiarygodna. Dla armatorów, operatorów terminali i administracji morskiej oznacza to konieczność planowania eksploatacji przy założeniu, że pozycja z systemu satelitarnego może być niedostępna albo nieprawdziwa.
bezpieczeństwo lotnictwo marynarka wojenna na świecie pomorze pomorze zachodnie trójmiasto wiadomości wojsko05 sierpnia 2026 | 07:31 | Źródło: Gazeta Morska | Opracował: Kamil Kusier | Drukuj

fot. Ministerstwo Obrony Narodowej
Zakłócenia są jednym z kilku elementów obrazu bezpieczeństwa na tym akwenie. W ciągu trzech tygodni polskie lotnictwo trzykrotnie przechwytywało rosyjskie samoloty nad Bałtykiem, na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta manewrująca Ch-101, a okręt operacji EUNAVFOR MED IRINI skontrolował przy wsparciu polskiego samolotu patrolowego tankowiec objęty sankcjami Unii Europejskiej. Naczelny dowódca szwedzkich sił zbrojnych wezwał w tym samym czasie swoje społeczeństwo do przygotowania się na atak.
Dane z monitoringu za czerwiec
W czerwcu 2026 roku dwie polskie stacje monitorujące jakość sygnałów GPS i GNSS wykryły 18 incydentów. Jedenaście z nich sklasyfikowano jako zdarzenia o dużym prawdopodobieństwie, siedem jako możliwe.
Zdarzenia prawdopodobne trwały łącznie 63 godziny, czyli 8,75 procent całego miesiąca. Pojedyncze trwało średnio pięć godzin i 44 minuty. Zdarzenia możliwe zajęły kolejne 19 godzin. Razem zakłócenia objęły 11,39 procent czasu w czerwcu.
Jeden z poważniejszych incydentów zarejestrowano podczas przelotu brytyjskiego ministra obrony nad Bałtykiem.
Dane pochodzą z dwóch stacji uruchomionych przez polską spółkę, przy czym druga została zaprojektowana tak, by ekranować sygnały z kierunku północno-wschodniego. Porównanie odczytów z obu urządzeń pozwala oddzielić zakłócenia od zwykłych zaników sygnału.
Zagłuszanie i fałszowanie sygnału
Od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę tysiące samolotów i statków operujących u północno-wschodnich wybrzeży Europy odnotowało problemy z nawigacją: fałszywe odczyty pozycji, utratę sygnału GPS, w części przypadków konieczność zmiany trasy lub odwołania rejsu. Intensywność tych zjawisk rośnie od 2022 roku.
Dla żeglugi zagłuszanie i fałszowanie sygnału to dwie odmienne sytuacje.
Zagłuszanie odbiera pozycję. Odbiornik przestaje działać, alarm jest natychmiastowy, a nawigator przechodzi na radar, namiary i zliczanie. Jest to uciążliwe, ale jawne.
Fałszowanie sygnału działa inaczej. Odbiornik nadal podaje pozycję, tylko nieprawdziwą, a ta pozycja zasila kolejne systemy pokładowe. Trafia do ECDIS, do transpondera AIS i do systemu stabilizacji obrazu radarowego, więc statek płynie tam, gdzie prowadzi go kapitan, a jednocześnie na ekranie mostka i w systemie VTS widnieje kilka albo kilkanaście mil dalej. Załoga nie ma powodu, by cokolwiek podejrzewać, dopóki rozbieżność nie ujawni się przy porównaniu z obrazem radarowym albo przy podejściu do portu.
Najgroźniejszy jest wariant pośredni: gdy przesunięcie pozycji jest na tyle niewielkie, że nie budzi wątpliwości, a jednocześnie wystarczające, by wyprowadzić jednostkę poza tor wodny.
Źródła emisji
Odpowiedź na pytanie o źródła zakłóceń nie jest jednoznaczna i zmieniała się wraz z kolejnymi badaniami. W lipcu 2025 roku polscy eksperci, w tym z Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, opublikowali analizę wskazującą konkretne lokalizacje, z których emitowane są sygnały zakłócające nad Bałtykiem. Ustalenia jednoznacznie łączyły je z rosyjską działalnością w regionie.
Późniejsze badania, przywoływane między innymi przez TradeWinds, wskazały jednak, że istotna część zakłóceń rejestrowanych na morzu pochodzi ze statków. Cytowany w tej analizie Krasimir Hristov z firmy GPSPatron zwracał uwagę, że wszystkie sygnały satelitarne są stosunkowo łatwe do zagłuszenia, a emisje o dużej mocy pochodzące z Kaliningradu kierowane są przede wszystkim na samoloty operujące na wyższych wysokościach.
Ustalenia te nie są sprzeczne. Nad Bałtykiem działają jednocześnie źródła lądowe o dużej mocy i rozproszone źródła na wodzie. Te drugie są znacznie trudniejsze do zlokalizowania i praktycznie niemożliwe do przypisania konkretnemu podmiotowi.
Skutki dla eksploatacji
Dla armatorów i kapitanów zakłócenia są problemem operacyjnym i finansowym jednocześnie. Każde opóźnienie, każda zmiana kursu i każda dodatkowa procedura bezpieczeństwa kosztuje, a przy jednostkach obsługiwanych w oknach czasowych terminali opóźnienie liczone w godzinach potrafi oznaczać utratę okna i oczekiwanie na redzie. W skali pojedynczego rejsu są to kwoty niewielkie, w skali miesięcy i całej floty stają się pozycją w rachunku eksploatacyjnym.
Rośnie też obciążenie dokumentacyjne. Rozbieżności pozycji odnotowywane w dzienniku okrętowym i zgłaszane do służb kontroli ruchu wymagają opisu, a przy sporach o odpowiedzialność stają się materiałem dowodowym w postępowaniach prowadzonych przez ubezpieczycieli i kluby P&I.
W lotnictwie skutki rozkładają się inaczej. Samoloty nie są całkowicie zależne od GPS i mogą korzystać z klasycznych przyrządów, radarów oraz procedur alternatywnych. Problem pojawia się przy podejściach do lądowania, w operacjach precyzyjnych i wtedy, gdy załoga musi szybko odtworzyć położenie maszyny.
Na polskim wybrzeżu przekłada się to na ryzyko w rejonach o dużym natężeniu ruchu, przy wejściach do portów i podczas manewrów. Są to miejsca, w których margines błędu jest najmniejszy.
Sygnał czasu i systemy portowe
Systemy satelitarne dostarczają nie tylko pozycję, ale też sygnał czasu. Synchronizacja czasu z satelitów jest wykorzystywana w telekomunikacji, energetyce oraz w systemach automatyki portowej i przeładunkowej.
Autorzy badań nad zakłóceniami nad Bałtykiem wskazują, że porty, operatorzy telekomunikacyjni i służby ratunkowe polegają na GNSS w zakresie nawigacji, synchronizacji czasu i bezpieczeństwa. Bez precyzyjnego monitorowania na poziomie gruntu zakłócenia mogą pozostać niezauważone i prowadzić do awarii w kilku sektorach naraz. Zagłuszanie może wpływać także na systemy automatyzacji portów i przeładunku towarów.
Sieci monitoringu obejmującej całe polskie wybrzeże na razie nie ma. Istnieją pojedyncze stacje prowadzone przez podmioty prywatne i uczelnie.
System zapasowy R-Mode Baltic
Niemcy, Polska, Szwecja, Norwegia, Finlandia i Estonia wdrażają system R-Mode Baltic. Wykorzystuje on istniejącą infrastrukturę radiową zamiast sygnału satelitarnego.
R-Mode jest mniej dokładny od GNSS i nie zastąpi go w codziennej nawigacji. Ma natomiast cechę, której GNSS obecnie nie ma: nie da się go zagłuszyć z kosmosu, ponieważ z kosmosu nie korzysta. Jest to rozwiązanie zapasowe, przewidziane na sytuacje, w których sygnał satelitarny staje się bezużyteczny.
Przechwycenia nad Bałtykiem
3 sierpnia przed południem, 60 kilometrów na północny zachód od Łeby, dyżurna para polskich samolotów przechwyciła rosyjski samolot rozpoznawczy Ił-20. Maszyna leciała w przestrzeni międzynarodowej, bez planu lotu i z wyłączonym transponderem. Do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej nie doszło.
31 lipca para dyżurna F-16 przechwyciła Ił-20 czterdzieści kilometrów na północ od Kołobrzegu. Okoliczności były identyczne.
16 lipca polskie myśliwce miały jednego dnia trzy cele. Najpierw przechwyciły dwa rosyjskie myśliwce Su-30 operujące nad Bałtykiem, następnie zostały skierowane do samolotu rozpoznawczego Ił-20. Po jego zidentyfikowaniu eskortę przejęły myśliwce szwedzkie. Dwa dni wcześniej polska para przechwyciła Ił-20 lecący około trzydziestu kilometrów od Ustki.
Przebywanie w przestrzeni międzynarodowej jest legalne i nie stanowi naruszenia. Problemem jest brak planu lotu i wyłączony transponder. Rosyjskie samoloty zwiadowcze, a od pewnego czasu również bojowe, latają nad Bałtykiem bez tych elementów, przez co nie da się ich zidentyfikować zdalnie. Kontrola ruchu lotniczego widzi obiekt, o którym nie ma żadnych danych, w rejonie o jednym z najintensywniejszych ruchów lotniczych i morskich w Europie. Za każdym razem wymusza to poderwanie pary dyżurnej.
Przekazanie celu szwedzkim myśliwcom w trakcie lotu ma znaczenie odrębne od samego incydentu. Oznacza, że system dyżurów nad Bałtykiem funkcjonuje jako całość, a nie jako suma reakcji poszczególnych państw. Po przystąpieniu Szwecji i Finlandii do NATO jest to nowa zdolność operacyjna w regionie.
Rakieta w Tarnawie-Kolonii
W nocy z 29 na 30 lipca o godzinie 3:40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt. Do jego rozpoznania skierowano myśliwiec F-16. O 3:46 obiekt zanikł, a prawdopodobne miejsce upadku zlokalizowano w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim. Wojskowy śmigłowiec Mi-24 znalazł tam krater. Pocisk uderzył w teren niezabudowany, nikt nie ucierpiał, nie było zniszczeń.
Badania fragmentów wykazały, że była to rosyjska rakieta manewrująca Ch-101 wyprodukowana w drugim kwartale 2026 roku w zakładzie pod Moskwą. Prokuratura potwierdziła, że pocisk był uzbrojony i zawierał znaczną ilość materiału wybuchowego. Wojsko odstąpiło od zestrzelenia, ponieważ trajektoria wskazywała, że rakieta spadnie na teren niezamieszkany.
Data produkcji ma znaczenie dla oceny sytuacji. Pocisk wyprodukowany w drugim kwartale tego roku trafił do użycia w ciągu kilku tygodni od opuszczenia zakładu. Uzbrojenie wyklucza natomiast wersję o elemencie pozorującym.
Decyzja o niezestrzeleniu wynikała z procedur obowiązujących w czasie pokoju. Zniszczenie pocisku nad terenem zabudowanym oznacza opad szczątków na ludzi i zabudowania. Gdy trajektoria prowadzi na pole, procedura nakazuje pozwolić rakiecie upaść i zabezpieczyć miejsce uderzenia.
Stanowisko szwedzkiego dowództwa
4 sierpnia generał Michael Claesson, naczelny dowódca szwedzkich sił zbrojnych, w rozmowie z dziennikiem Svenska Dagbladet wezwał Szwedów do mentalnego przygotowania się na atak Rosji. Bezpośrednim tłem był upadek rosyjskiej rakiety w Polsce.
Claesson wskazał przede wszystkim na ryzyko sabotażu, które określił jako oczywiste dla wszystkich państw wspierających Ukrainę. Nie wykluczył operacji wojskowych na mniejszą skalę, na przykład z udziałem sił specjalnych, ale przypisał im inny cel niż zdobycie terenu. Chodziłoby o obserwowanie, mierzenie i testowanie wzorców reakcji, zarówno politycznych, jak i wojskowych.
Jako przykład scenariusza skrajnego podał możliwość znalezienia w kontenerze w porcie w Göteborgu rojów zaprogramowanych dronów z jakąś formą uzbrojenia. Jako scenariusz bardziej prawdopodobny wskazał wojnę hybrydową, czyli stopniowe podważanie środowiska decyzyjnego oraz zaufania do europejskich sił zbrojnych i systemów politycznych, prowadzone przez sabotaż i działania w przestrzeni informacyjnej.
Scenariusz z kontenerem dotyczy bezpośrednio portów. Kontener jest przestrzenią zamkniętą, której nikt nie otwiera bez powodu, a jego zawartość deklaruje nadawca. Kontrole obejmują ułamek przewożonych jednostek ładunkowych i opierają się na analizie ryzyka, a nie na fizycznym sprawdzeniu.
Szefowa operacji w szwedzkich siłach zbrojnych, wiceadmirał Ewa Skoog Haslum, zwróciła uwagę na inny problem. Jej zdaniem najtrudniejsza jest dziś interpretacja informacji. Jako przykład podała upadek rakiety w Polsce i pytania, na które w tamtym momencie nie było odpowiedzi: czy był to błąd nawigacyjny, czy celowe sprawdzenie reakcji, i jak postąpić, jeśli sytuacja się powtórzy. Skoog Haslum zapewniła jednocześnie, że Szwecja ma plan na wypadek eskalacji ze strony Rosji na Bałtyku w związku ze zmianą taktyki wykorzystania floty cieni.
Kontrola tankowca z polskim udziałem
2 sierpnia okręt Thaon di Revel, jednostka flagowa operacji EUNAVFOR MED IRINI, przeprowadził na zachód od Pantellerii kontrolę zbiornikowca Toa Payoh. Statek jest objęty sankcjami Unii Europejskiej i zaliczany do rosyjskiej floty cieni.
Kapitan początkowo nie podjął wymaganej współpracy, w związku z czym włoski zespół kontrolny dotarł na pokład śmigłowcem. Działanie prowadzono przy wsparciu okrętu greckiego oraz polskiego samolotu patrolowego, najprawdopodobniej M28B 1R Bryzy z Polskiego Kontyngentu Wojskowego Irini wystawianego przez Brygadę Lotnictwa Marynarki Wojennej.
Podstawą prawną był artykuł 110 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza, który pozwala okrętowi wojennemu zweryfikować przynależność państwową statku handlowego, jeżeli istnieją uzasadnione podstawy do podejrzeń. Jest to jedno z nielicznych narzędzi dostępnych państwom wobec takich jednostek na wodach międzynarodowych.
Dla Bałtyku sprawa ma znaczenie bezpośrednie. Przez ten akwen przebiega główna trasa wywozowa rosyjskiej ropy z portów Zatoki Fińskiej, a jednostki tej kategorii regularnie przechodzą przez cieśniny duńskie. Metody są te same, niezależnie od morza: bandera rejestru o ograniczonych możliwościach nadzoru, nietypowy przebieg rejsu, wyłączane transpondery, brak współpracy przy kontroli, a często również ubezpieczenie o niepotwierdzonej wartości.
Wyłączanie transponderów przez tankowce i zakłócanie sygnałów GNSS to dwa odrębne zjawiska, prowadzące jednak do tego samego skutku. Obraz sytuacji na morzu, którym dysponują służby, przestaje być kompletny.
Bałtyk nie jest akwenem w stanie wojny
Bałtyk nie jest akwenem w stanie wojny, przestał natomiast być akwenem, na którym można bez zastrzeżeń polegać na wskazaniach przyrządów. Jest to zmiana wobec stanu sprzed 2022 roku i dotyczy każdego, kto wychodzi w morze zawodowo. W praktyce oznacza powrót nawigacji prowadzonej bez GNSS: umiejętność pracy na radarze, namiarach, echosondzie i zliczaniu przestaje być elementem tradycji, a staje się wymogiem operacyjnym, zarówno w programach szkolenia, jak i w procedurach obowiązujących na mostku.
Druga konsekwencja dotyczy infrastruktury. Monitorowanie zakłóceń pełni w istocie funkcję infrastruktury krytycznej, choć nie jest tak traktowane w przepisach, a bez sieci stacji naziemnych zdarzenia pozostają niewidoczne do chwili, w której ktoś zgłosi problem. Podobnie rzecz ma się z terminalami kontenerowymi, gdzie bezpieczeństwo obejmuje również zawartość ładunku, a nie tylko dostęp do terenu i systemy informatyczne.
Trzecia dotyczy sił dyżurnych. Trzy przechwycenia w trzy tygodnie, w tym jeden dzień z trzema celami, oznaczają stałe zużycie zasobu, który jest ograniczony i którego nie da się zwiększyć z dnia na dzień. Najtrudniejsza pozostaje jednak kwestia wskazana przez szwedzką wiceadmirał: w momencie, w którym trzeba podjąć decyzję, zwykle nie wiadomo, czy dane zdarzenie było błędem, czy testem. Na tym opierają się działania w szarej strefie i żadne wyposażenie tego nie rozwiąże.
Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!
Kamil Kusier
redaktor naczelny
komentarze
Dodaj pierwszy komentarz
zobacz też
Nocna akcja śmigłowca Marynarki Wojennej przy promie Ambition
Polska Bryza przy abordażu na Morzu Śródziemnym. Kontrola tankowca rosyjskiej floty cieni
Jedna osoba, cała załoga i noc nad wodą. O kosztach powtarzalnej brawury
Lądowanie na pokładzie promu. Śmigłowiec BLMW ewakuował 19-miesięczne dziecko ze Steny Estelle
Godzina reanimacji na niestrzeżonym kąpielisku w Ustce. 78-latka zabrał śmigłowiec LPR
Bezpieczne granice wspierają rozwój offshore na Bałtyku
Armata wróciła na ORP Albatros. Niszczyciel min otrzymał docelowy system OSU-35K
TROJAN. Bezzałogowy nosiciel dronów dla ochrony infrastruktury na Bałtyku z dofinansowaniem 37,9 mln zł
Czarnomorskie ćwiczenie w kanale La Manche. Polski wkład w Sea Breeze 26-2
Żółw, którego nigdy nie spotkałam. O tym, jak nasze codzienne wybory potrafią dopłynąć dalej, niż nam się wydaje
REKLAMA
REKLAMA