Aquapark w Redzie po awarii. Rekiny, przepisy i ochrona gatunku

Przypłynęły do Redy wiosną 2016 roku, jeszcze zanim aquapark otworzył się dla gości, i przez dekadę były jego znakiem rozpoznawczym. Żarłacze rafowe czarnopłetwe w zbiorniku mieszczącym 330 tysięcy litrów wody, z tunelem zjeżdżalni biegnącym przez sam środek, były atrakcją, jakiej nie miał żaden inny obiekt w kraju. W niedzielę 26 lipca, po awarii chemicznej w części technicznej budynku, padło wszystkie dwanaście rekinów. Akwarium przechodzi dziś modernizację, a decyzja o tym, czy zwierzęta kiedyś do Redy wrócą, nie zapadła. Wokół tej sprawy narosło przez tydzień więcej sporu niż wokół samej awarii.

biznes ekologia pomorze trójmiasto turystyka morska i rekreacja wiadomości

02 sierpnia 2026   |   15:09   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: Kamil Kusier   |   Drukuj

fot. Albert Kok

fot. Albert Kok

Zbiornik, który miał udawać rafę

Akwarium w Redzie było, i formalnie wciąż jest, jednym z największych zbiorników tego typu w Polsce. Cztery i pół metra głębokości, 330 metrów sześciennych wody, sztuczna rafa i kilkaset innych ryb. Instalacja symulowała fazy księżyca i pory dnia, żeby zbliżyć rytm dobowy zwierząt do tego, który znały z tropików. Przez środek zbiornika przechodził przeszklony tunel zjeżdżalni, a z drugiej strony przylegał do niego basen do nurkowania z przezroczystą ścianą.

Przy otwarciu obiektu w lipcu 2016 roku Adam Mierzejewski, wówczas dyrektor aquaparku, mówił dziennikarzom o piętnastu rekinach, które zamieszkały w akwarium. W lipcu 2026 roku było ich w zbiorniku dwanaście i wszystkie padły w wyniku awarii.

Jak reikiny trafiły do Redy?

Zwierzęta pojawiły się w obiekcie na długo przed jego otwarciem. Już na początku maja 2016 roku, gdy budowa wciąż trwała, akwarium było gotowe od kilku miesięcy, a woda przygotowana na przyjęcie mieszkańców. Kierownik projektu Adam Mierzejewski mówił wtedy dziennikarzom, że rekiny przylatują między innymi ze Sri Lanki i z Wenezueli. Miesiąc później, w czerwcu, informowano, że docelowo do zbiorników trafi dwadzieścia rekinów, a pierwsze już zasiedliły akwaria.

Ostatecznie stado było mniejsze od zapowiadanego. Przy otwarciu w lipcu 2016 roku mowa była już o piętnastu żarłaczach rafowych czarnopłetwych i tylko o jednym kierunku pochodzenia, czyli o Sri Lance. Ostatecznie do aquaparku trafiło dwanaście rekinów.

Warto dodać jeszcze jedno. Aquapark rekinów nie kupił, tylko je otrzymał. Brzmi to jak drobiazg, ale nim nie jest. Za każdym zakupem zwierząt stoi popyt, a za popytem kolejne odłowy. Tu takiej transakcji nie było, więc powstanie redzkiego akwarium nie napędziło handlu tym gatunkiem. Ta sama zasada powinna obowiązywać, jeśli kiedykolwiek zapadnie decyzja o ponownym zasiedleniu zbiornika.

Codzienność, której nikt nie widział

O rekinach w Redzie mówiło się głównie w kategoriach atrakcji: zjeżdżalnia przez akwarium, nurkowanie przy szybie, karmienie na oczach gości. Za tym stała jednak zwykła, żmudna praca, która w opisach atrakcji nie występuje.

Sporo o niej mówi to, co o zbiorniku opowiadano w roku otwarcia. Zaprojektowano go jako układ, w którym niemal każdy gatunek ma przypisane zadanie. Obok rekinów pływało wtedy około ośmiuset innych ryb. Część z nich, jak wargatki czyszczące czy młode heniochusy, oczyszcza większe ryby z pasożytów skórnych, dokładnie tak samo jak na prawdziwej rafie. Inne zjadają glony i utrzymują skały w czystości. Sama rafa powstała z naturalnych, suchych skał sprowadzonych z Fidżi, z założeniem, że przez kilka lat sama obrośnie życiem. Obsadę dobierano tak, żeby ograniczyć konflikty, bo ryby rafowe są z natury agresywne, a w dużym zbiorniku o licznym składzie ta agresja rozkłada się na wiele stron zamiast skupiać na pojedynczych osobnikach. Michał Snochowski, ówczesny dyrektor akwarium, opisywał to jako całość, która ma się docierać sama.

Rutyna była równie konkretna. Codzienne czyszczenie akrylowych szyb, które łatwo porysować, odmulanie naturalnego piasku, usuwanie glonów ze ścian i przede wszystkim wymiana wody, do której służył osobny zbiornik o pojemności 40 metrów sześciennych. Wodę morską przygotowywano na miejscu, przy użyciu filtra osmotycznego i soli syntetycznej, utrzymując parametry odpowiadające wodom tropikalnym, czyli nieporównanie bardziej zasolone niż Bałtyk. Przy samym akwarium pracowały początkowo cztery osoby, a obsada miała zostać powiększona.

To wszystko trzeba przez dziesięć lat robić codziennie, bez przerw i bez widowni, bo zza szyby widać wyłącznie efekt. Dlatego w komentarzach pod informacją o śmierci zwierząt powtarzał się jeden motyw: żal nie tylko rekinów, ale też ich opiekunów, którym jeden błąd odebrał efekt dekady.

Co wiadomo o samej awarii

Do zdarzenia doszło w niedzielę 26 lipca, przed godziną 19:00, w części technicznej obiektu. Jak przekazała pomorska straż pożarna, technik nieświadomie dodał kwas siarkowy do zbiornika z podchlorynem sodu, co doprowadziło do reakcji chemicznej i uwolnienia chloru. Ewakuowano około 400 osób, a jeden z pracowników trafił do szpitala.

W stanowisku z 30 lipca zarząd spółki wskazał, że działania ratunkowe wobec ryb podjęto po uzyskaniu od służb zgody na wejście do akwarium i że w czasie trwania akcji takiej możliwości nie było. To istotny element chronologii, który tłumaczy, dlaczego pomoc dotarła do zwierząt później, niż chcieliby ci, którzy się nimi zajmowali. Pełnej osi czasu, godzina po godzinie, nadal jednak nie ma.

Pozostałe zwierzęta w obiekcie, w tym z ekspozycji Gadoland, według spółki są w dobrej kondycji, bez objawów zatrucia, a sytuację skonsultowano z lekarzem weterynarii sprawującym nad nimi opiekę.

Za dużo emocji, za mało kuchni

Tydzień po awarii przedmiotem publicznej dyskusji przestała być sama awaria, a stał się nią sposób mówienia o niej. Komunikaty spółki pojawiały się i znikały, miasto zawiesiło współpracę z obiektem w ramach karty mieszkańca, a kolejne wpisy w mediach społecznościowych podgrzewały nastroje po obu stronach. W tym hałasie zginęło to, co w takich sytuacjach jest najważniejsze, czyli praca od kuchni.

Bo w obiekcie tej wielkości wszystko sprowadza się do trzech rzeczy, które muszą działać jednocześnie.

Pierwsza to bezpieczeństwo ludzi na terenie obiektu, w tym pracowników części technicznej. Tam właśnie doszło do zdarzenia i to tam ktoś realnie ucierpiał, bo jeden z pracowników trafił do szpitala z objawami zatrucia.

Druga to bezpieczeństwo gości korzystających z atrakcji, czyli jakość i parametry wody basenowej, sprawność systemu uzdatniania oraz procedury ewakuacyjne. Tego dnia ewakuacja około 400 osób przebiegła bez ofiar, a spółka konsekwentnie utrzymuje, że woda w nieckach basenowych ani przez moment nie była zagrożona.

Trzecia to dobrostan zwierząt, czyli codzienna kontrola parametrów zbiornika, obserwacja i zabezpieczenia na wypadek zdarzeń w tych częściach obiektu, które z akwarium bezpośrednio nie sąsiadują. Właśnie tego dotyczy zapowiedziany przez spółkę audyt systemów technicznych i procedur.

Do tego dochodzi czwarta składowa, bez której trzy poprzednie nie mają jak zadziałać: rzetelna i szybka informacja. Nie chodzi o ton komunikatów ani o to, kto komu odpowiedział ostrzej, tylko o to, żeby fakty docierały do mieszkańców, do gości i do służb w tym samym czasie i w tej samej wersji.

Pytania, które w tej sprawie pozostają otwarte, są w większości techniczne. Ile czasu minęło do momentu, w którym służby dopuściły ludzi do akwarium, jak zabezpieczona była instalacja chemiczna i co zmieni prowadzony audyt. To od odpowiedzi na nie zależy, czy podobna sytuacja może się powtórzyć, i to one powinny być osią rozmowy.

Dlaczego odtworzenie zbiornika trwa

Wymiana wody jest w tej układance najprostszym elementem, choć i ona przy 330 tysiącach litrów sztucznej wody morskiej oznacza tony soli. Trudniejsze jest to, czego nie widać zza szyby.

Chlor działa na ryby zabójczo już przy śladowych stężeniach, ale uderza również w bakterie tworzące złoża biologiczne filtrów, czyli w niewidoczny silnik każdego dużego akwarium. To one przetwarzają związki azotu i utrzymują zbiornik w równowadze. Odbudowa tej mikroflory nie jest kwestią decyzji ani pieniędzy, tylko czasu, liczonego zwykle w tygodniach. Do tego dochodzi oczyszczenie konstrukcji sztucznej rafy, sprawdzenie instalacji i dopiero na końcu stopniowe zasiedlanie, poprzedzone kwarantanną. Dlatego zapowiedź modernizacji bez podanego terminu nie musi być uchylaniem się od odpowiedzi. W tej materii deklarowanie daty przed odbudową parametrów byłoby raczej lekkomyślnością niż transparentnością.

Warto przy tym powiedzieć rzecz, która w komentarzach ginie. Za awarią nie stała zła wola. Stała rutynowa czynność w części technicznej, wykonywana setki razy, i jedna pomyłka co do zbiornika, która wyzwoliła reakcję chemiczną i uwolnienie chloru. Pracownik, który ją popełnił, sam trafił do szpitala z objawami zatrucia. To jest klasyczny czynnik ludzki: nie brawura, nie zaniedbanie opiekunów zwierząt, tylko pech w miejscu, w którym procedury i zabezpieczenia powinny wyłapać błąd, zanim urośnie. I dokładnie tam, a nie w ludziach, należy szukać wniosków, bo w każdym obiekcie tej wielkości ktoś kiedyś sięgnie po niewłaściwy pojemnik.

Gdzie jeszcze w Polsce można je zobaczyć

Reda nie była jedynym miejscem w kraju z tym gatunkiem, choć była miejscem najbardziej efektownym.

Największe stado ma dziś wrocławskie zoo. W lipcu 2026 roku w Afrykarium żyło siedemnaście rekinów trzech gatunków: siedem żarłaczy rafowych czarnopłetwych, sześć żarłaczy brunatnych i cztery rekiny brodate. Jak mówi Jakub Kordas, dyrektor hodowlany wrocławskiego zoo, czarnopłetwe mierzą tam około 100 do 120 centymetrów, a największe są samice żarłaczy brunatnych, przekraczające dwa metry i ważące po kilkadziesiąt kilogramów. Rekiny brodate to z kolei gatunek denny, spokojny, spędzający większość czasu przy dnie.

Wrocławskie zwierzęta dzielą zbiornik Kanału Mozambickiego z płaszczkami, żółwiem i innymi rybami, a ogląda się je z osiemnastometrowego akrylowego tunelu. Większość rekinów ma imiona, między innymi Bójka, Brawurka, Serce, Wampir i Spajki, a opiekunowie korzystają ze ściąg pozwalających rozpoznać poszczególne osobniki. Pokazowe karmienia, odbywające się od poniedziałku do soboty, połączone są z treningiem medycznym: ryby uczą się podpływać do opiekuna i zatrzymywać na noszach, dzięki czemu można kontrolować ich stan zdrowia bez wywoływania stresu.

W Gdyni gatunek pojawił się najwcześniej. Do Akwarium Gdyńskiego, placówki Morskiego Instytutu Rybackiego mającej status ogrodu zoologicznego, dwa młode żarłacze czarnopłetwe o długości około 60 centymetrów przypłynęły z Indonezji w 2009 roku, po kwarantannie trafiając na ekspozycję. Pozyskanie zwierząt i wyposażenie zbiornika było możliwe dzięki współpracy instytutu z Bałtyckim Terminalem Kontenerowym. Dziś gatunek utrzymywany jest w Gdyni przede wszystkim w zapleczu hodowlanym, a na ekspozycji pokazywany jest okresowo, między innymi przy okazji Tygodnia Rekina.

Żarłacze czarnopłetwe trafiały też do warszawskiego zoo i są prezentowane w łódzkim Orientarium. Na świecie gatunek należy do najczęściej utrzymywanych w publicznych oceanariach, głównie dlatego, że jest mniejszy od większości dużych żarłaczy i lepiej znosi warunki zbiornika. To samo, co czyni go wdzięcznym mieszkańcem akwarium, czyni go jednak łatwym celem w naturze.

Gatunek pod presją, ale bez programu powrotu

Żarłacz rafowy czarnopłetwy jest w Czerwonej Księdze IUCN klasyfikowany jako gatunek narażony. Ocena z 2020 roku obniżyła jego status z kategorii bliskiej zagrożenia i opiera się na szacunku, że w ciągu trzech pokoleń, liczonych na około 44 lata, światowa populacja zmniejszyła się o 30 do 49 procent.

Powód, dla którego straty odbudowują się tak wolno, tkwi w biologii gatunku. To rekin żyworodny o niewielkiej płodności: samica rodzi zwykle od dwóch do czterech młodych, a ciąża trwa nawet szesnaście miesięcy. Do tego dochodzą przyłów w rybołówstwie przemysłowym i przybrzeżnym, pozyskiwanie płetw, mięsa, skóry i oleju z wątroby oraz degradacja raf koralowych, od których ten gatunek jest ściśle uzależniony.

I tu pojawia się rzecz, którą warto powiedzieć wprost, bo w dyskusji o akwariach bywa zamazywana. Dla żarłacza rafowego czarnopłetwego nie istnieje program przywracania osobników z hodowli do środowiska naturalnego. Zwierzęta z oceanariów nie są zapasem, z którego uzupełnia się rafy.

Programy tego typu istnieją, ale dotyczą innych gatunków. Najbardziej zaawansowany jest StAR Project, uruchomiony w 2020 roku w ramach inicjatywy ReShark, prowadzony w wodach chronionych Raja Ampat w Indonezji i skupiony na rekinie lamparcim indopacyficznym, klasyfikowanym jako zagrożony. Jaja pochodzą z akredytowanych placówek hodowlanych w Stanach Zjednoczonych i Australii, a młode wykluwają się i dorastają w przybrzeżnych wylęgarniach prowadzonych przez lokalne zespoły. Przedsięwzięcie firmuje organizacja Re:wild wraz z grupą specjalistów IUCN do spraw rekinów, Conservation International i stowarzyszeniem ogrodów zoologicznych i akwariów, a uczestniczy w nim ponad sto instytucji z dwudziestu krajów. Podobne działania na mniejszą skalę prowadzi między innymi akwarium na Malcie, które odzyskuje jaja rekinów z ryb sprzedawanych na targach, odchowuje młode i wypuszcza je do Morza Śródziemnego.

Wniosek jest więc podwójny i nie jest wygodny dla żadnej ze stron sporu o akwaria. Utrzymywanie rekinów w oceanariach nie chroni tego konkretnego gatunku w naturze i nie należy tak tego przedstawiać. Ale infrastruktura hodowlana i wiedza akwarystów okazały się dla innych gatunków realnym narzędziem ochrony, którego dziesięć lat temu jeszcze nie było.

Co Reda zawdzięcza aquaparkowi?

Warto na chwilę wyjść poza akwarium, bo bez tego kontekstu trudno zrozumieć, dlaczego ta sprawa wywołała w mieście takie emocje.

Zanim aquapark powstał, Reda funkcjonowała w świadomości większości ludzi jako miejsce, przez które się przejeżdża. Punkt na trasie do Wejherowa, sypialnia Gdyni albo odcinek, na którym w wakacyjne weekendy zaczyna się kolejka na Półwysep Helski. Miasto bez własnej plaży, bez starówki, bez atrakcji, dla której ktokolwiek zjeżdżałby z drogi.

Obiekt przy ulicy Morskiej to zmienił. Reda dostała atrakcję, która nie miała odpowiednika w kraju, i to ona zaczęła sprowadzać ludzi do samego miasta, a nie tylko przez nie. Aquapark stał się jednocześnie pracodawcą, celem wycieczek szkolnych z całego Pomorza i punktem, który w wyszukiwarkach na hasło Reda pojawia się przed czymkolwiek innym.

Skala tego ruchu robi wrażenie. Aquapark przyjmuje średnio od 250 do 300 tysięcy gości kwartalnie, co daje od miliona do 1,2 miliona odwiedzin rocznie. W szczycie sezonu obiekt obsługuje nawet około trzech tysięcy osób dziennie. Przez dziesięć lat działalności daje to rząd wielkości dziesięciu milionów wizyt, przy czym część z nich to oczywiście goście powracający, więc liczba pojedynczych osób jest mniejsza.

Dla porównania, Reda liczy około 27 tysięcy mieszkańców. Roczna frekwencja aquaparku jest więc kilkudziesięciokrotnie wyższa niż liczba ludności całego miasta. Do tego mowa o obiekcie całorocznym, z częścią hotelową, saunarium, basenem sportowym i szkołą pływania, a więc o miejscu, które przyciąga ludzi także poza sezonem. Dla miasta tej wielkości to nie jest dodatek do oferty, tylko jej trzon.

I dlatego spór, który przez ostatni tydzień toczył się w mediach społecznościowych, ma wymiar wykraczający poza karty mieszkańca. Miasto i obiekt są sobie potrzebne bardziej, niż wynikałoby to z tonu wzajemnych komunikatów.

Co dalej z akwarium w Redzie?

Aquapark wrócił do normalnego funkcjonowania, a akwarium przechodzi modernizację. Nie podano, kiedy prace się zakończą ani w jakim kształcie ta część obiektu będzie działać. Obiekt nie potwierdził, ale też nie wykluczył, że rekiny kiedyś do Redy wrócą.

To pytanie nie jest wyłącznie techniczne. Utrzymywanie dużych zwierząt morskich w obiektach rozrywkowych budziło w Redzie kontrowersje jeszcze przed otwarciem aquaparku i wraca dziś w dyskusji ogólnopolskiej. Zmieniło się też otoczenie prawne. Od 25 listopada 2023 roku cała rodzina żarłaczowatych, do której należy żarłacz rafowy czarnopłetwy, figuruje w załączniku II konwencji CITES. Objęcie gatunku tym reżimem oznacza, że każdy międzynarodowy obrót, także żywymi zwierzętami, wymaga zezwoleń i ustaleń, że pozyskanie było legalne i nieszkodliwe dla dzikiej populacji. Ewentualne odtworzenie stada nie byłoby więc prostym powtórzeniem tego, co zrobiono w 2016 roku, kiedy gatunek jeszcze temu reżimowi nie podlegał.

Jest jednak warunek, który powinien poprzedzać każdą inną decyzję. Jeżeli rekiny miałyby kiedyś wrócić do Redy, to wyłącznie jako zwierzęta przekazane przez inną placówkę, wyhodowane w niewoli albo wymagające przeniesienia z powodów hodowlanych, nigdy zaś jako nowy zakup i nowy transport z natury. Byłoby to zresztą powtórzenie tego, co zrobiono dekadę temu. Przejęcie zwierząt z innej placówki nie zwiększa presji na dziką populację, a dla samych zwierząt bywa rozwiązaniem korzystnym, bo obiekty regularnie przenoszą osobniki między sobą, gdy grupa robi się za duża albo gdy trzeba je rozdzielić.

Praktyka pokazuje, że to nie jest teoria. Żarłacze rafowe czarnopłetwe rozmnażają się w warunkach hodowlanych, a Akwarium Gdyńskie zwracało uwagę, że gatunek potrafi się rozmnażać także przez dzieworództwo. Materiał do obsadzenia zbiornika bez sięgania po dziką populację po prostu istnieje. Pytanie brzmi, czy ktokolwiek będzie tego oczekiwał od obiektu, czy też decyzja zapadnie wyłącznie w kategoriach terminu i kosztu.

Czego nie da się przewidzieć, a co da się

Na koniec rzecz, której nie powinno zabraknąć w żadnym tekście o tej sprawie, niezależnie od tego, komu byłaby na rękę.

Awarii tego rodzaju przewidzieć się nie da. Można pisać procedury, dublować zabezpieczenia i szkolić ludzi, a i tak zostaje moment, w którym ktoś w pomieszczeniu technicznym sięga po niewłaściwy pojemnik. Tak działa czynnik ludzki i tak będzie działał w każdym obiekcie tej wielkości, w Redzie i gdziekolwiek indziej.

Da się natomiast przewidzieć, że ten czynnik prędzej czy później zadziała. I na to właśnie przygotowuje się instalacje: oznaczenia zbiorników, procedury dostępu, systemy odcięcia. Chodzi o to, żeby pojedynczy błąd nie urósł do skali całego obiektu. Właśnie w tym miejscu leży najważniejszy wniosek z redzkiej awarii i właśnie tam kierują się dziś prace spółki.

Ale czynnik ludzki nie zawiódł tylko w części technicznej. Zawiódł też potem, kiedy sprawa przeniosła się do mediów społecznościowych i emocje wzięły górę po obu stronach. Znikające oświadczenia i złośliwości wymieniane publicznie nie pomogły nikomu: ani obiektowi, ani miastu, ani mieszkańcom, którzy przez tydzień dowiadywali się rzeczy sprzecznych. To akurat nie było nieuniknione. To był wybór, i to po każdej ze stron z osobna.

Niezaprzeczalne pozostaje jedno. Przez dziesięć lat mieszkały w Redzie zwierzęta, których nikt tu wcześniej nie widział, a ludzie, którzy się nimi zajmowali, robili to na tyle dobrze, że dożyły lipca 2026 roku w zdrowiu. Zabrała je nie choroba i nie zaniedbanie opiekunów, tylko kilka sekund przy niewłaściwym zbiorniku. Dla obiektu to strata wizerunkowa i finansowa, dla miasta kłopot, ale dla ludzi, którzy przez dekadę codziennie schodzili do tego akwarium, to po prostu cios. I tego żaden audyt ani żadne oświadczenie im nie wynagrodzi.

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Kamil Kusier
redaktor naczelny

komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

~Aka

W jaki sposób ten uwolniony chlor trafił do wody w akwarium?

02 sierpnia 2026
16:46

(1) (0)

~DECORA

W końcu pięknie napisane!!

02 sierpnia 2026
17:37

(1) (1)

~Sara

Po prostu pech. Nie ma co szukac winnych.

02 sierpnia 2026
19:24

~Jack

Rzetelny artykuł

05 sierpnia 2026
09:37

~Gdańsk oliwa

I znowu te teorie z agencji PR czym Reda była bez aquaparku. Czy choć jeden artykuł może być bez osób w tle?

05 sierpnia 2026
12:36