Dlaczego Polsce niezbędne są okręty podwodne?

Pytanie postawione w tytule nad morzem i w kręgu zainteresowanych marynistyką może wydawać się wręcz obrazoburcze. Jednakże w dyskursie publicznym regularnie pada tego typu wątpliwość, warto zatem wytłumaczyć niezbędność posiadania wysoce specjalizowanego rodzaju uzbrojenia jakim są Okręty Podwodne (OP).

bezpieczeństwo inwestycje marynarka wojenna przemysł stoczniowy przemysł zbrojeniowy wiadomości

24 listopada 2025   |   08:08   |   Źródło: Gazeta Morska   |   Opracował: Jarosław Wolski   |   Drukuj

fot. Jarosław Wolski

fot. Jarosław Wolski

Argumenty na ich rzecz można podzielić na odnoszące się bezpośrednio do posiadania OP oraz na pośrednie – w ramach zdolności Marynarki Wojennej RP do wywalczenia lokalnego panowania na Bałtyku.

Argumenty bezpośrednie są wyjątkowo proste i obecnie niemożliwe do zbicia. Po pierwsze jakikolwiek sprawny okręt podwodny wnosi bardzo dużą asymetrię  do wojny na morzu.  OP są na tyle trudną do wykrycia i zwalczania bronią, że ich sam fakt posiadania (nawet okrętu który spełnia już de facto funkcje szkolne jak 291 tj. „Orzeł”) wymusza na przeciwniku utrzymywanie  wysoce rozwiniętych i licznych sił ZOP (zwalczania okrętów podwodnych). Samym swoim istnieniem podwodne jednostki wprowadzają ogromną asymetrię sił potrzebnych do ich nawet niezwalczania a neutralizacji, ochrony sił własnych.  Podnosi to koszty posiadania marynarki wojennej oraz wymaga całej palety środków i działań, których nie niosą inne rodzaje środków walki  na morzu. 

Po drugie Okręty Podwodne są na Bałtyku słynnym (choć nielubianym przez Autora jako termin) „gamechangerem”. Nie ma bez nich MW zdolnej do wywalczenia panowania na Bałtyku. Wynika to z tego, że to morze, choć płytkie to jest wręcz wymarzonym akwenem do działań nieatomowych okrętów podwodnych, ponieważ jego charakterystyka umożliwia w pełni wykorzystanie tego, że każdy nowoczesny OP jest de facto "stealth" - czyli trudnowykrywalny. Zaś bogactwo jego sensorów i środków walki czyni z niego morski odpowiednik F-35A.  

I zadania OP są niezmienne od dekad: po pierwsze zbieranie danych rozpoznawczych w zasadzie w samej "paszczy lwa" a po drugie: zwalczanie żeglugi przeciwnika tudzież nieograniczona wojna podwodna. Obecnie doszło do tego jeszcze użycie rakiet cruise oraz operacje specjalne (choć owe były już u zarania OP). Zdolności ofensywne nowoczesnych OP w wojnie morskiej są wręcz decydujące. W przypadku oceanów oczywiście atomowych OP, w przypadku mórz takich jak Bałtyk - nieatomowych OP.

Po trzecie: nie istnieją środki walki zdolne do zastąpienia okrętów podwodnych. Ani morskie podwodne bezzałogowce (zwane modnie, acz niepoprawnie „dronami”), ani siły nawodne jako takie nie są w stanie wykonywać zadań OP. Bardzo boleśnie przekonały się o tym marynarki, które swego czasu zrezygnowały z tego środka walki (np. duńska). Po prostu nie istnieje ersatz okrętu podwodnego dla Marynarki Wojennej. Dla oficerów MW jest to aksjomat, dla ludzi związanych z kwestiami militariów lub marynistyki – oczywistość. Dla milionów ludzi w Polsce – niestety fałszywa alternatywa, którą czasami próbuje się przedstawiać w mediach – a zwłaszcza internetowych.

Argumenty pośrednie na rzecz jednostek podwodnych funkcjonujących w ramach Marynarki Wojennej RP skupione są wokół tego, że OP są jedną z podstaw zdolności do wywalczenia lokalnego panowania na Bałtyku. A taki jest jeden z celi MW RP.  Zresztą zapis o lokalnym panowaniu nad Bałtykiem  wprost jest sformułowany w Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego. Posiadanie przez SZ RP od 3 do 4 fregat rakietowych, trzech okrętów podwodnych, dwóch Morskich Jednostek Rakietowych, minimum 6 niszczycieli min, wsparcie Sił Powietrznych oraz NATO pozwolić ma na wywalczenie przez  SZ RP lokalnego panowania na Bałtyku.  Dlaczego jest to dla Polski tak ważne? 

Ponieważ Bałtyk wciąż jest naszym oknem na świat, co wynika z tego, że rola transportu morskiego jest dominująca i niezagrożona. Nie ma alternatyw dla statków transportujących towary, zaś po drugiej wojnie światowej kolej nieodwracalnie przegrała z możliwościami transportu morskiego. Truizm znany nad morzem i wywołujący szok oraz niedowierzanie w Warszawie czy Krakowie.  Wbrew pozorom Polska jest wręcz uzależniona od Bałtyku. Bez importu węglowodorów droga morską (w dającej się przewidzieć przyszłości)  nie zdołamy się bez nich obejść. Ponad 80% gazu ziemnego sprowadzamy Baltic Pipe i LNG w Świnoujściu - prawie 100% ropy sprowadzamy przez Naftoport w Gdańsku. Ponad 20% energii elektrycznej w PL ma w przyszłej dekadzie pochodzić z morskich farm wiatrowych - kabel ze Szwecji i import energii nim już nasz ratował przed blackoutami. 

Rok do roku  zarabiamy na handlu droga morską kilkanaście procent  budżetu kraju. Rok do roku polskie porty nad Bałtykiem biją rekordy przeładunków. Skalę pokazują roczne podatki wpadające do Ministerstwa Finansów z samych portów nad Bałtykiem - to 58,34 mld zł (2022).

Warto też pamiętać że NATO to sojusz tradycyjnych potęg morskich, które morze rozumieją i szanują.  Realizacja zobowiązań sojuszniczych na morzu jest nie tylko doceniana, ale wręcz preferowana w pewnych sytuacjach. Wynika to z tego, że kontrola mórz i oceanów dla USA oraz byłych potęg kolonialnych jest jedną z podstaw ich siły. Kto kontroluje oceany, ten kontroluje globalny transport, a tym samym gospodarkę i pośrednio... świat, jaki znamy. Oczywiście wszystko to ma miejsce w ramach najpotężniejszego sojuszu obronnego na ziemi – NATO. I polska MW może być mała i chronicznie niedoinwestowana, ale jej walka o realizację zobowiązań wobec sojuszników zawsze była doceniana i szanowana.

Im większy nasz potencjał morski, tym cenniejszym partnerem jesteśmy.  A jak uczy teoria sojuszy – z pomocą szybciej i chętniej przychodzi się wobec silnych i posiadających własny istotny potencjał militarny. 

Na koniec warto nadmienić, że okręty podwodne zrewolucjonizowały dwukrotnie wojnę na morzu. Raz podczas swojego powstania i masowego użycia w trakcie I wojny światowej, a drugi raz kiedy napęd atomowych pozwolił zrealizować nie tylko to, co było wcześniej możliwe tylko na kartach powieści Juliusza Verne’a, ale również stać się podstawą panowania nad morzami oraz nuklearnej równowagi strachu. 

Dla marynarek mórz zamkniętych OP przez dekady były dalej niezwykle wartościową i niosącą unikalne możliwości bronią. ale znacząco upośledzoną wobec zdolności OP o napędzie atomowym.  Obecnie jednak rewolucja technologiczna i techniczna pozwoliła na stworzenie napędu niezależnego od powietrza (AIP), przez co zdolność do poruszania się w zanurzeniu  wyposażonych weń jednostek zaczęła być liczona w czasie ponad miesiąca, a nie kilku dni. Można wręcz napisać o powstawaniu nowej klasy OP – nieatomowych i tworzonych z naciskiem na minimalizację pól fizycznych oraz zdolność do działania w środowisku mórz zamkniętych.

Pozostaje zatem życzyć polskim podwodnikom, aby i oni dostali na wyposażenie dywizjonu Okrętów Podwodnych (dOP) nowoczesne nieatomowe OP zdolne do wniesienia nowej jakości w MW RP – tak potrzebnej całemu państwu.

Postaw nam kawę, a my postawimy na dobrą morską publicystykę! Wspieraj Gazetę Morską i pomóż nam płynąć dalej - kliknij tutaj!

Redakcja Gazeta Morska
użytkownik

galeria


komentarze


wpisz treść
nick
SKOMENTUJ

Dodaj pierwszy komentarz